1/72 Fokker E.V

Junior set

Arma Hobby – 70013

Zestawy ‘Junior’ to w ofercie Arma Hobby odpowiednik edkowego łikenda – sam model plastikowy, z kalkomanią najczęściej dla nie więcej niż dwóch schematów malowania. Żadnych blach czy innych dodatków. Sam plastik. I on jest tu i teraz w sumie najważniejszy. Bo po nazwijmy to, pewnych niedociągnięciach przy poprzednim modelu, czyli umiarkowanie udanej technicznie miniaturze PZL P.7a Arma zapewniła, że odrobiła lekcję. Czy rzeczywiście? Popatrzmy.

Stopniując napięcie zacznę od pudełka. Przyznać trzeba, że tutaj producent może pochwalić się wysoką estetyką i ładnymi boxartami. Konsekwentnie. Może sam karton nie jest wybitnie solidny, ale wystarczająco chroni zawartość.

Rewers zdobią kolorowe bokorysy informujące o dostępnych w zestawie malowaniach.

Oczywiście więcej o malowaniach jest na osobnej wkładce, kolorowej, ze wszystkimi niezbędnymi rzutami. Kolory podane są na podstawie palety RAL oraz numerów błota z Hataki.

Bezdyskusyjnie, okładkowe malowanie jest niezwykle atrakcyjne. A przy tym mądrze zaprojektowana jest kalkomania – zawiera bowiem jedynie czarne pola. Gdyby były też żółte, oznaczałoby to po pierwsze konieczność naniesienia kilku warstw farby na kliszę – nalepka zrobiłaby się gruba i sztywna, bez względu na to jak dobrze by na płyny zmiękczające nie reagowała. Ponadto w takiej sytuacji musiałaby również idealnie pasować. A same czarne pola łatwo będzie ewentualnie retuszować. Zaprawdę mądre to.

Mądre, a przy tym wydrukowane na naprawdę wysokim poziomie. Brawo Techmod! Drobne napisy i znaki są wyraźne oraz czytelne. Nie widać też żadnych przesunięć kolorów.

Z zawartości nieplastikowej jest też niewielka klisza z maleńkimi wiatrochronami. Detal takich gabarytów nie za bardzo dałoby się zaproponować w innej formie.

No i jest rzecz jasna papierowa instrukcja montażu. Zupełnie czytelna. Choć pozostawia pewien niedosyt – co prawda pokazuje, które powierzchnie jakim kolorem malować, są one nawet odpowiednio zaznaczone, to jednak zaznaczone cały czas jedynie różnymi odcieniami niebieskiego – szkoda, że nie podobnie jak w modelach Special Hobby kolorem zbliżonym do tego, jaki ma być użyty.

Wszystko to, razem z ramką szarego plastiku spakowane jest w solidną torebkę strunową.

Bo istotnie, cały model mieści się w jednej wyprasce.

Pierwsze wrażenie jest zupełnie pozytywne. Tu i ówdzie widać niewielkie nadlewki, ale raczej wokół ramek, a nie elementów. To istotna odmiana po tym, co widać było po otwarciu pudełka z Pesiudemką. Elementy kadłuba i płat mają delikatną satynową powierzchnie, jest sporo nawet całkiem drobnych detali. Faktura płótna na statecznikach subtelna, ale wyraźna.. Ale jeszcze zanim model trafił do sprzedaży wiadomo było, że będzie #zdrada. Producent nie krył, że jednak nie sprostał jednemu dośc istotnemu wyzwaniu. Otóż dostajemy do rąk kolejny model z PŁATEM HAŃBY. Na blogasku Army czytamy co następuje: Z reguły firmy modelarskie albo wykonują skrzydło dwuczęściowe albo pocieniają profil skrzydła, aby uniknąć zapadnięć tworzywa. No wiec Arma zrobiła po swojemu, ze skutkiem łatwym do przewidzenia.

Ja wiem, że to można zalać cyjanoakrylem i szlifować kwadrans – dwa dziennie i będzie cacy. Ale umówmy się – to nie jest poprawnie zaprojektowane i wykonane. To jest istotny błąd, co gorsza w najbardziej eksponowanym miejscu na miniaturze. I niestety, sugerowane rozwiązanie – Można je zostawić nienaruszone jako ślady “pracowania” poszycia sklejkowego można włożyć między bajki, bo zapadliska niespecjalnie pokrywają się z rozmieszczeniem żeber w prawdziwej konstrukcji. No w każdym razie szpachlując powierzchnie trzeba będzie uważać, żeby nie uszkodzić za bardzo linii podziału. Bo te są naprawdę ładne, wyraźne, ale nie za szerokie, nie za głębokie (choć nie wykluczam że mi się ostatnio mocno zaniżyły oczekiwania, po erfiksowym mustangu)

Ładnie prezentuje się kadłub. To znaczy ładnie prezentują się jego boki – detali tam co prawda nie za wiele, ale za to fajnie odtworzone jest pokrycie szmatą wewnętrznej konstrukcji. A cała powierzchnia, jak wspominałem jest gładziutka, satynowa.

Trzecia, spodnia cześć kadłuba już nieco rozczarowuje. Na szczęście to jest spód, tego nie widać normalnie i nie będzie widać tej groteskowej sznurówki.

Pisałem na wstępie, że w sumie ładnie wyglądają imitacje szmaty na statecznikach. Bo owszem, są takie w punkt – wyraźne, ale nie przerysowane…

…i jeśli coś was teraz zakłuło, to tak, macie racje, to kolejny sztylet wbity we współmodelarskie plecy. Otóż niestety w tym modelu, podobnie jak w pesiudemce w wielu miejscach granice paneli i detali obwiedzione są wyraźnym śladem frezu…

…i jest tego niestety więcej.

No i nawet jeśli zgodzimy się, że usunięcie tego w formie byłoby bardziej kłopotliwe niż będzie na gotowych odlewach, więc niech modelarz ma frajdę ze szlifowania, to są też takie kwiatki w miejscach, do których ślusarz mógł łatwo podejść z pilnikami. Z jakiegoś sobie tylko znanego powodu jednak olał to.

I ludzie na mieście gadają, że w nowej siedzibie Army w damskiej ubikacji napisane jest „głupi ślusarz”. Ale nie wiem czy to uprawniona opinia. Moim zdaniem jest po prostu zwykłym brakorobem. A szkoda, bo to nieco niweczy trud włożony w projekt i często zupełnie udane pomysły i rozwiązania. Takie jak choćby zastrzały połączone w całość z fragmentem kadłuba – to nie tylko je właściwie pozycjonuje, ale tworzy solidniejszą konstrukcję niż gdyby trzeba było je przyklejać.

Ciekawe i nietuzinkowo rozwiązane jest podwozie – jego golenie są ze sobą prowizorycznie połączone. Dodatkowo w modelu znajdziemy swego rodzaju kopyto, które skleja się z podwoziem na czas montażu, a potem zgrabnie i wiele na to wskazuje – bezproblemowo – usuwa.

Detale ogólnie nie są złe. Czasem jednak nieco mało finezyjne. Choćby karabiny maszynowe, które jednak błagają o waloryzację (w zestawie Ekspert znajdziemy odpowiednie blaszki do tego; podobnie jak szprychy do kół, dlatego w modelu znajdziemy zarówno pełne koła, jak i same oponki). Silnik wygląda przyzwoicie. Znajdziemy też kratownicę kabiny – filigranową, choć przez to okraszoną delikatnymi nadlewkami.

Podsumowując – trzeba by naprawdę dużo złej woli, żeby nie dostrzec progresu w stosunku do tego, czym był model P.7a. Niestety jednocześnie w tej miniaturze pojawiają się dokładnie te same błędy, co w tej poprzedniej. Miejmy nadzieję, ze następna będzie lepsza..

KFS