1/72 PZL P.7a – Deluxe Set

Arma Hobby – 70005

Miłośnicy polskich konstrukcji lotniczych mają tego lata powody do ekscytacji. Najpierw siedemdwójkowy karaś z IBG, teraz P.7 z Arma Hobby. A w międzyczasie Fly zapowiedziało Łosia, również w 1/72 (choć zważywszy na pogłoski, kto ten model projektuje, mam poważne obawy czy rzeczywiście należy się cieszyć). Jak zatem wygląda drugi model wtryskowy ze stajni Arma Hobby?
Jako pierwszy na rynek trafił zestaw w wersji Deluxe, czyli dwupak wzbogacony o blachy, żywiczne koła, maski oraz bogaty wybór malowań.

 

Wszystkie części modelu (nieprzeźroczyste) mieszczą się na jednej wyprasce z szarego plastiku.

Wszystkie elementy przeźroczyste zawarte są również w jednej ramce. Wszystkie dwa, choć tak naprawdę w tym modelu potrzebny jest tylko jeden z obecnych tam wiatrochronów. Drugi stanowi dość czytelną zapowiedź planów produkcyjnych wytwórcy.

Szkiełko jest dość cienkie i ogólnie delikatne, choć w moim komplecie w jednym z nich (i to akurat tym do P.7) znalazła się drobna niedolewka.

Bliźniacza wypraska jest już taka jak trzeba.

A tak czy siak przejmować się tym nie trzeba o tyle, że znając politykę producenta nie będzie problemu z wymianą wadliwej wypraski na nową. Jeszcze mniej powodów do zmartwień mieć będą posiadacze zestawu Deluxe, ponieważ zawiera on klisze z imitacją oszklenia…

 

…przeznaczoną do zamontowania w fototrawionej ramie. Tę znajdziemy w dołączonej do zestawu blaszce. Bogatej zresztą w detale, przygotowane głównie z myślą o waloryzacji wnętrza kabiny.

Kolejny gadżet dorzucony do omawianego zestawu to żywiczne koła. Niemal identyczne, bo różni je jedynie piętno producenta – mamy zatem jeden komplet STOMIL i jeden DUNLOP. W obydwu opona jest delikatnie ugięta.

Odlew jest czysty i pozbawiony wad typowych dla żywicy, jak bąble, szwy czy przesunięcia. Gorzej, że wad nie był pozbawiony wzór. Ten powstał na drukarce 3D, jednak o dość umiarkowanej precyzji. I o ile poszczególne warstwy nie są nachalne, to niestety widoczne są delikatne uskoki w całej bryle. Ponadto napisy nie są tak czytelne, jak by można tego oczekiwać.

Niemniej jednak żywica jest ciekawą alternatywą dla kół wtryskowych, które nie są złe, ale jednak dużo uboższe w detale (choć uważna lustracja ich powierzchni pozwala przypuszczać, że podejmowane były próby odtworzenia większej ilości szczegółów).

Miły dodatek stanowią cięte w folii maski do malowania kół oraz zabezpieczenia oszklenia wiatrochronu.

Wersję deluxe wyróżnia również bogaty wybór malowań. Poszczególne schematy są przedstawione w sposób czytelny i okraszone obszernymi didaskaliami. Wybór jest całkiem ciekawy, a po szczegóły odsyłam na blog producenta.

 

Z tak bogatego wyboru oznaczeń bierze się niemały arkusz kalkomanii. Wydrukowany w najwyższej jakości przez włoski Cartograf…

… czyli jednego z tych producentów, którzy gwarantują najwyższą jakość. Kalkomanie są bardzo ładne, z zawartymi w nich emblematami włącznie. Nawet najdrobniejsze naklejki są całkiem czytelne. Jedyne, czego mi tutaj brakuje, to tarcze wskaźników do tablicy przyrządów.

Wspomniane tarcze wskaźników znajdziemy natomiast wydrukowane na kliszy…

… stanowiącej uzupełnienie metalowej tablicy obecnej w fototrawionej ramce. I jest to zamiennik wart uwagi, bo wtryskowa tablica wygląda tak:

O ile konstrukcja jest niegłupia i pozwala na łatwe nadanie tablicy właściwego kształtu, to niestety detale są już mniej fajne. W ogóle P.7 z Army to model niespójny. Obok fajnych rozwiązań mamy rozwiązania niemądre. Obok detali dopieszczonych są takie, które wyglądają po prostu źle. Ale do rzeczy. Na początek blacha falista, bo była deklinowana na wszystkie sposoby jeszcze na etapie zapowiedzi, a gdy model się pojawił, intensywność procesu nie zmalała. Producent uparł się bowiem, że poszycie będzie miało w modelu w 1/72 tyle żeberek, ile w oryginale. I jeśli dobrze liczę, to to się akurat udało. Ale ceną za to jest wyrazistość efektu. A raczej brak wyrazistości. By na tak małej powierzchni zmieściła się dana ilość fal, musiały one być wykonane naprawdę bardzo delikatnie. W dużym powiększeniu widać je zatem dobrze, ale nieuzbrojonym okiem z każdym centymetrem stają się coraz mniej widoczne.

Tu i ówdzie dzieje się też coś dziwnego z liniami imitującymi pofalowanie. Zanikają, przenikają się. Jest małe zamieszanie, niestety w dość eksponowanych miejscach.

Uwagę jednocześnie zwracają linie wgłębne. Są nieostre, z obłymi krawędziami i zdecydowanie zbyt szerokie. Co gorsza, albo ślusarz był potwornym partaczem, albo formy do ślusarza w ogóle nie trafiły, bo granice paneli znaczą wyraźne rowki pozostawione przez frez drążący formę.

Nieco lepiej wygląda powierzchnia na statecznikach, choć i tu brakuje wyrazistych (co nie znaczy, że na przykład pozbawionych subtelności, bo jedno drugiego nie wyklucza) wgłębnych linii imitujących krańce poszczególnych pasków blachy. Tak, wiem, blacha na poszyciu puławszczaków była kładziona na zakładkę, ale bez względu na jakość miniatury w skali 1/72 na odwzorowanie tego efektu bym nie liczył. Wystarczyłyby mi subtelne wgłębne linie.

Podobnie nieostre jest żebrowanie chłodnicy. Swoją drogą, w wersji Deluxe to właśnie ten detal mógłby pojawić się jako żywiczny dodatek, choćby kosztem masek.

Z tego, co się orientuję, Arma w zapowiedziach ma również żywiczne śmigło. Myślę, że będzie miało wzięcie wśród nabywców tego modelu, bo w plastiku wygląda na segment wymagający sporo obróbki. Aczkolwiek sam podział technologiczny jest zupełnie niegłupi.

Skoro już przy śmigle jesteśmy. Ten detal…

… tak, ten detal przekazuje jedną, ale kluczową dla modelu informację – śmigiełko SIĘ KRĘCI!!
Się kreci, chociaż powiększone siedemdziesiąt dwa razy nie poleci. Nawet mimo to, że makieta silnika w modelu jest całkiem akceptowalna.

Akceptowalna mniej jest z kolei osłona silnika. Bo co prawda jest dość delikatna i ma cienkie ściany, to nie da się tego powiedzieć o liniach podziału na niej.

Linie podziału znacznie lepiej wyglądają na kadłubie. Choć i tak warto będzie je pogłębić, bo mogą stać się zbyt płytkie po niezbędnej obróbce powierzchni. A niezbędna będzie, bo jak widać cały kadłub pokryty jest ‘słojami’, kojarzącymi się z artefaktami po druku 3D, a tu są pewnie śladami po frezie drążącym formę. Kolejny karny pindol dla ślusarza. Jamka skurczowa na burcie winą ślusarza już nie jest, ale chciał nie chciał, też zaszpachlować i wyszlifować trzeba.

Umiarkowanie finezyjne są detale poszycia wewnątrz kadłuba. Choć w kontekście tego, na ile są eksponowane w gotowej miniaturze, można przymknąć oko na tę kolejną fuszerkę ślusarską.

Na koniec zaś zostawiłem rozwiązanie, które uważam za niezwykle roztropne. Podwozie zostało zaprojektowane jako jeden element wraz z kawałkiem kadłuba. Same plusy – akurat w tym miejscu mamy spód zbiornika kadłuba, a takie rozwiązanie pozwoliło na ładne odtworzenie detali konstrukcji. Co jednak ważniejsze, w ten sprytny sposób rozwiązany został problem prawidłowego pozycjonowania goleni. I wreszcie najważniejsze – taka konstrukcja w zasadzie gwarantuje, że podwozie z czasem nie zacznie się rozjeżdżać  i osiadać pod ciężarem modelu.

I tym optymistycznym akcentem kończę tę recenzję. Mam jednak nadzieję, że wyżej wspomniany trik to zapowiedź miłej budowy modelu. O tym przekonam się wkrótce, prezentując rzecz jasna relację z prac.

KFS