Real Colors – AK Interactive

Wyścig zbrojeń w branży farbiarskiej trwa. Niby fajnie, bo podobno konkurencja wychodzi na dobre konsumentom. Ale nie do końca jest fajnie, a przy okazji daje się zaobserwować coraz większe zagubienie, szczególnie mniej doświadczonych i obytych z chemią wspólmodelarzy. Lakiery, emalie, winyle srynyle, czym rozcieńczać, czemu się ścięło, drogi migenezie farpki ak mi nie idą przez aerograf. i tak dalej. No ale w grudniu całkiem udaną kampanią promocyjną (jak nie oni), wspomniane AK-interactive wprowadziło na rynek nową linię farb pod dumnie brzmiącą nazwą Real Colors. Jeśli ktoś jest ciekaw na ile one są ‘Real’, to zawczasu uprzedzę – żeby nie odszedł w poczuciu zmarnowanego czasu – nic w tym omówieniu na ten temat nie będzie. Kolory to sprawa wtórna – ważniejsze jest bowiem, czy w ogóle da się tym malować. Ale po kolei. Opakowanie.. AK poszło w słoiczki, takie zwykłe szklane.

Jeśli chodzi o walory estetyczne, jest fajnie. Ale znowu, ważniejsze są walory użytkowe. Miło, że na nakrętce jest naklejka w kolorze nawet całkiem zbliżonym do zawartości. Miło, że na owej nalepce znajduje się napis. Szkoda tylko, że producent wyszedł z założenia, że wszyscy od razu będą się pilnie uczyli numerów i jeszcze zanim dojdzie do nich zamówienie ze sklepu będą wiedzieli, że RC055 to Blue Grey RAL 7016, a RC025 to Dark Olive Drab Nº31. I dla tego wystarczy im na nakrętce numer katalogowy, a nazwa koloru jest już przecież zbędna.

Słoiczki gabarytem i kształtem są identyczne z tymi znanymi z Gunziaków i małych Tamiyek. To dobra wiadomość w kontekście kompatybilności z wszelkiej maści rżniętymi laserowo stojakami na farby

..z tym, że słoiczki AK mają fansi ficzer, czyli logo producenta na dnie

Dzięki transparentnej nakrętce widać też, co się pod nią dzieje (to samo z resztą co pod nakrętkami Mr. Hobby i Tamiya)

Tak więc nie trzeba być prorokiem, żeby wiedzieć, że rychło niezbędne do pracy z tymi farbami będzie uniwersalne narzędzie do odkręcania słoików

Podsumowując – farby są lakierami, wiec pewnie ktoś wpadł na pomysł zasugerowania opakowaniem do jakiej rodziny one należą. Poza tym przecież lubimy to, co znamy. Ja bym jednak wolał widzieć je skonfekcjonowane w plastikowe buteleczki z zakraplaczem – wygody jaką gwarantuje tenże nie da się przecenić (i zupełnie nie mam tu na myśli liczenia kropelek wlewanych do zbiorniczka aerografu). A zupełnie osobną kwestią jest rzecz, na którą chyba mało kto zwraca uwagę, że te nieduże plastikowe buteleczki mają pojemność bez mala dwukrotnie większą niż szklane masywne słoiczki – 17 ml vs. 10 w grubym szkle. Dla producenta to niby oszczędność na farbie , ale za to wysyłka kosztuje więcej, bo waga jest nieubłagana.

Przejdźmy jednak do zawartości. Moje pierwsze wrażenie było proste – prawie jak Hataka. Bo z lakierami Hataki z serii Orange line akowskie RC mają identyczny zapach. Jeśli dobrze identyfikuję, to na pierwszy plan wysuwa się woń eteru, lub czegoś do eteru podobnie pachnącego. Same farby mają gęstość zbliżoną do Tamiyi, choć jednak są odrobinę bardziej płynne. Dobrze mieszają się z firmowym rozcieńczalnikiem..

..ale doskonale współpracują też z Mr. Color Thinnerem oraz z Hataka Lacquer thinnerem (w drugą stronę nie sprawdzałem jeszcze, ale nie spodziewam się awantur AKowskiego thinnera z farbami Tamiya, Mr. Color czy Hataką). Oraz, co ciekawe z wodą, o czym jednak będzie nieco dalej. Ponieważ nie mam łyżeczek plastikowych (do kebsa tylko widelce dają) zmuszony byłem prowadzić testy na płacie od jakiegoś edkowego emila oraz szewrolecie z IBG, którego budowę opisywałem jakiś czas temu. Najpierw więc o tym ostatnim. Zacząłem od położenia Olive drab na całość, w charakterze podkładu. Farba idzie dobrze przez aerograf, przy odpowiednim do wygodnego malowania rozcieńczeniu trzeba minimum trzech warstw do dobrego pokrycia kolorem. Co zwraca uwagę to super mega głęboki mat, ukazujący się gdy farba wysycha. A wysycha błyskawicznie.

Matowość jeszcze bardziej rzuca się w oczy przy kolorze czarnym, którym pokryłem podwozie. Z wyjątkiem felg i boków ramy, na które natrysnąłem OD

Następnie zabrałem się za rozjaśnianie bryły bardzo mocno rozcieńczoną farbą. Nadal aplikacja nie przysparzała najmniejszych trudności. No może poza tym, że różnica między farbą mokrą a farbą wyschniętą w wyglądzie jest kolosalna – jak miedzy połyskiem a głębokim matem – ciemne i jasne. Nie jest to szczególnie wygodne, gdy chce się malować subtelne efekty

Właśnie dla tego, gdy chciałem sfiltrować wymalowane rozjaśnienia do mieszanki rozcieńczalnika i koloru bazowego dodałem też kilka kropel błyszczącego lakieru bezbarwnego (o dziwo nie jest matowy. super błyszczący jednak też nie, o czym będzie niżej)

Z rozpędu aerografem pomalowałem też opony

..tym samym stwierdziłem, że farbami da się malować. Nawet bez krzywdy i bez irytacji. Choć jak wspomniałem, ultra matowy finisz nie ułatwia. Ale skoro wyszło, że farbami da się malować, to by poznać je bliżej musiałem już troszkę się pobawić. Tak bardziej po samolotowemu, wiec i za ofiarę posłużyły skrzydła modelu w 1/48. Zacząłem od położenia kryjących gładkich warstw OD oraz Ivory. Co ciekawe, jasna farba dużo lepiej kryła plastik (nie użyłem żadnego podkładu). Wystarczyły dwie warstwy, przy 3-4 potrzebnych do równomiernej i solidnej aplikacji koloru ciemnozielonego. W sumie to pracuje się nimi bardzo podobnie co ‘pomarańczowymi Hatakami, z tym że Hataki są przyjemnie satynowe, a tu jest ten upiorny mat. Mat, który nie pomaga przy próbach precyzyjnego pomalowania cienkich kresek. Próbowałem różnych proporcji rozcieńczania, próbowałem różnych rozcieńczalników. Dopiero niewielki dodatek błyszczącego lakieru bezbarwnego do mieszanki był przełomowy, ale nadal nie udało mi się zniwelować nazbyt jednak intensywnego odkurzu. Opanowanie tego będzie wymagało większej ilości prób, ale wszystko wskazuje na to, że będzie się dało. Tylko właśnie z błyszczącym werniksem w mieszance. Bo jakiś geniusz uznał, ze jak farba będzie hiper matowa to będzie superowo i najlepiej i w ogóle.

Mimo to farba jest dość ‘plastyczna’ – stopniując rozcieńczenie można swobodnie regulować poziom krycia, co przydaje się przy laserunkowym malowaniu. Nie jest zatem tak, że preszejding od razu się zamalowuje i znika

Na końcówce skrzydła na powyższym zdjęciu majaczy powłoka z lakieru błyszczącego. No cóż, jak widać, jest on umiarkowanie błyszczący, mimo nakładania kilku cienkich warstw powierzchnia nie nabiera ładnego wyglądu. Wszystko zaczyna się wygładzać dopiero przy takiej ilości werniksu, że zaczyna być on widoczny jako warstwa lakieru. Innymi słowy – bezbarwny połysk to rozczarowanie i litościwie więcej na jego temat pisać nie będę..

Wytrzymałość farby. Bo to jednak istotny czynnik. Na uszkodzenia mechaniczne zdaje się być dość odporna. Farba nie miała czasu zbyt długo się utwardzić, ale dopiero solidne skrobanie pazurem do odmierzania koksu pozwoliło ją zarysować

Kolejny test to taśma maskująca. Przykleiłem ją do powierzchni, a następnie patyczkiem solidnie ‘wmasowałem’

I mimo, że plastik nie był odtłuszczany, a jedynie przetarty dłonią z kurzu, nie miał podkładu, taśma, nawet tak mocno dociśnięta nie zerwała ani odrobiny lakieru. Taśma zdejmowana z pewną nonszalancją, żeby nie było zbyt ostrożnie i delikatnie

Kolejna rzecz, którą musiałem sprawdzić to odporność na płyny do kalkomanii. Czytałem bowiem w necie nie jedne utyskiwanie na to, że RC reagują na nie mało fajnie. Zatem obficie pomalowaną nimi powierzchnie nasączyłem Microscalowskim SETem

Obyło się bez najmniejszych nawet ofiar. Zaaplikowałem więc przypadkową kalkomanię (tamiyowską zdaje się) i zabrałem się za równie jak poprzednio obfite zalewanie wszystkiego SOLem, czyli płynem jednak bardziej agresywnym

Dopiero po naprawdę intensywnym tarciu pędzlem nasączonym wyżej wymienionym płynem na niektórych krawędziach zaczęła ścierać się farba – tak samo jak by ścierała się przy identycznym traktowaniu pędzlem nasączonym wodą

No ale potarłem też naSOLonym pędzlem inną powierzchnię, tym razem pomalowaną czarnym matem, i tu zaczął się dramat. Farba zaczęła się rozpływać jak plakatówka..

..no i dochodzimy do sedna tarczy..  Wszystkie farby tu opisane pochodzą z tego samego miotu. No i skoro tak odmiennie potrafią się zachowywać, znaczy to z grubsza tyle, że producent wciąz grzebie przy recepturze i reaguje na wychwycone przez użytkowników niefajności. Zupełnie tak samo było ze skądinąd świetnymi metalizerami z serii Xtreme Metal. Większość “żółtych” metali w partii, która trafiła na rynek jako pierwsza była totalnie schrzaniona. Nadawała się tylko do śmieci, co zresztą AK potwierdziło i wymieniało buble. To jednak niczego ich nie nauczyło, i ponownie wydali farby, które tuż po premierze trzeba modyfikować. Bo w aż takie nieprzestrzeganie reżimu produkcji nie wierzę. Ale to chyba hiszpańska specjalność – AMMO też puściło na rynek lakiery o znaczącej nazwie Lucky Varnish, bo trzeba było mieć nie lada szczęście, żeby owe werniksy poprawnie zaaplikować. Ale jak się okazało, jakoś nikt tam w Nawarrze nie uznał za konieczne przeprowadzenia testów przydatności do użycia przed wypchnięciem na rynek.. Wróćmy jednak do Real Colorów. Postanowiłem sprawdzić czy nadają się też do malowania pędzlem. Sprawdzić tak pro forma, bo nie posądzałem lakierów o dawanie takiej możliwości. I nie zawiodłem się. Rozcieńczalnik jest na tyle agresywny, że rozpuszcza spodnie warstwy farby. nawet takie, które schły już mniej więcej dobę

Z materiałów promocyjnych dowiedzieć się można było jednak, że nowe farby da się rozcieńczać również wodą. Bo istotnie da się i to bez najmniejszych problemów

Przy czym jednak sama farba, nawet wyjałowiona monotlenkiem diwodoru nadal jest na tyle agresywna, że nie pozostaje neutralna dla wcześniej położonych warstw

Podsumowując – czarów nie ma. Przyzwoite, nawet udane farby. Problem w tym, na rynek trafiły różne receptury. Albo trafiła jedna, tylko wciąż jest modyfikowana, na bieżąco. Wiec cóż.. wychodzi na to, że z kupnem nowości zawsze lepiej poczekać, aż producent zreflektuje się i poprawi i ustali ostateczną formułę. Gorzej, że nie sposób rozpoznać, czy mamy do czynienia z farbą bez wad, czy taką, za która można płacić pieniędzmi pomiętymi (a w sumie najlepiej nie płacić wcale). Na butelkach nie znalazłem bowiem żadnych numerów seryjnych, które pomogłyby w identyfikacji zawartości. Zatem loteria. Czy raczej rosyjska ruletka. O samych farbach pewnie jeszcze coś więcej napiszę, po tym jak będę miał więcej okazji do zabawy nimi. Bo temat jednak trudno uznać za wyczerpany. Tymcza!

KFS