1/72 PZL P.7a – Arma Hobby

BUDOWA czyli ROZPOZNANIE WALKĄ

 

Obiektywnie rzecz biorąc, trudno na miniaturę pesiudemki z Army patrzeć z entuzjazmem. Dałem temu wyraz w recenzji tego modelu. Wspomniałem w niej również, że wiele wskazuje, że mimo wszystko projekt wydaje się dość dobrze przemyślany, wiec budowa, poza elementarną obróbką części, może być całkiem przyjemna. A żeby dłużej nie gdybać – postanowiłem P.7 zbudować. Materiał do poniższej relacji powstał podczas dwunastogodzinnego nocnego półmaratonu modelarskiego, w którym udział wzięli także Mike i Karol. Przy czym Majk czas ten poświecił nie pesiudemce, a złej hitlerowskiej foce z adlerem…

Budowę modelu – jak wiadomo – rozpoczyna się od pierwszego cięcia.

Nie będę się rozpisywał nad oczywistościami, takimi jak obróbka części, usuwanie szwów i nadlewek. Podrzucę jednak kilka współporad z nimi związanych. Bo na przykład taka wręga. Nadlewki to najprościej od niej odłamać. Nieco bardziej kłopotliwe może wydawać się odcięcie wlewów. Ale tylko z pozoru. Przede wszystkim, najlepiej jest odciąć element razem z kawałkami ramki. A potem odwracając wręgę tyłem, przeciąć nożem delikatne jednak łączenia.

Najdrobniejsze części również wygodniej jest obrabiać mając kawałek ramki za uchwyt.

W tak niewielkich detalach jak na przykład orczyk, nawet najbardziej filigranowe pilniki mogą okazać się zbyt wielkie. Do wygładzenia powierzchni użyłem zatem cienkiego kleju Tamiya.

Każda jedna część w tym modelu wymaga obróbki, szlifowania i polerowania. Nieco uwagi sugeruję poświęcić podłodze z imitacjami karabinów, bo tam chwilami trudno jednoznacznie stwierdzić co jest nadlewką, a co jednak właściwym elementem.

Każdy, kto ma ten model, zauważy, że powierzchnia połówek kadłuba jest daleko od ideału. I nie mam tu na myśli jedynie jamek skurczowych, ale też specyficzną fakturę.

Jak widać, również linie podziału pozostawiają nieco do życzenia. Ich pogłębienie jest zatem koniecznością. Do tego zabiegu użyłem piłki żyletkowej JLC…

..a tam, gdzie były zbyt płytkie, by bezpiecznie prowadzić narzędzie, sięgnąłem po taśmę 3M. Wyznaczyłem nią przebieg rowka, po czym wydrapałem go skrobakiem Trumpetera.

Granice inspekcji i innych detali pogłębiłem igłą krawiecką słusznych rozmiarów.

Jamka skurczowa na prawej burcie była na tyle subtelna, że można ją było zniwelować podczas wygładzania powierzchni. Zacząłem od przeszlifowania jej okolicy płaskim pilnikiem…

…a potem już gąbkami polerskimi różnej gradacji wygładziłem całą powierzchnię połówki kadłuba.

 

Po tych wszystkich zabiegach w liniach podziału zbiera się sporo pyłu, który niełatwo usunąć nawet szczotką. Prościej jest jednak ‘pomalować’ linie podziału cienkim klejem. W ten sposób można je wyczyścić z pyłu oraz wygładzić.

Nieco więcej roboty było z drugą częścią kadłuba. Aby swobodnie pracować nad powierzchnią, najpierw odciąłem detal – dźwignię rozrusznika. Odciąłem ją żyletką i to w taki sposób, by można ją było na powrót przykleić we właściwym miejscu.

Potem analogicznie jak z poprzednią połową, uporałem się z liniami podziału. Tym razem jednak do usunięcia zapadliska skurczowego nie wystarczył pilnik. Zalałem je zatem odrobiną gęstego cyjanoakrylu.

Następnie powierzchnie wygładziłem płaskim pilnikiem. Pilnikiem, a nie papierem ściernym czy gąbką, bo materiały o różnej twardości (a plastik i CA mają różną twardość) wstępnie obrabiać należy narzędziami twardymi, nie poddającymi się w żaden sposób szlifowanemu elementowi. Dopiero przy finalnym wygładzaniu i polerowaniu można użyć miękkich ścierniw.

Po tych wszystkich zabiegach dźwignia rozrusznika wróciła na swoje miejsce.

W obrobione połówki kadłuba mogłem wkleić elementy kabiny. Z jednej strony przykleiłem wręgę z fotelem i podłogę.

Tablicę przyrządów uznałem za stosowne zamontować w przeciwległej burcie. Właśnie – tablica. Zaprojektowana jako jeden element, który dzięki klinom na powierzchni może być łatwo wygięty w odpowiedni kształt. Aby to gięcie sobie ułatwić, a także zapewnić trwałość nowej formie, w kliny zaaplikowałem niewielką ilość cienkiego kleju i dałem mu czas na penetrację polistyrenu.

Co prawda otwór montażowy jest dość płytki, to jednak tablica pasuje doskonale. Podczas pozycjonowania tego elementu dobrze jest złożyć na sucho obydwie połowy kadłuba. Tą metodą można też ustalić odpowiedni kąt wygięcia samej tablicy.

W powyższy sposób mamy wnętrze przygotowane do malowania; z wygodnym dostępem do wszystkich elementów (gdyby zarówno tablice, jak i resztę wyposażenia szoferki przykleić po jednej stronie, byłoby trochę ciasno). Ja w planach nie miałem malowania, wiec niezwłocznie i śmiało skleiłem połówki kadłuba ze sobą. Pasują doskonale, a niewielka ilość rozmiękczonego klejem polistyrenu wypływająca z łączenia służy niezawodnie jako szpachlówka dla wszelkich ułomności miejsca styku elementów.

Dalej wkleiłem fragment spodu kadłuba z goleniami podwozia (powtórzę za recenzją, raz jeszcze – genialne rozwiązanie). Przed przyklejeniem dobrze jest spasować te elementy na sucho – bo pasują dobrze pod warunkiem starannej obróbki.

Przykleiłem też detale, do których na tym etapie był łatwy dostęp, a jednocześnie nie istniało ryzyko ich uszkodzenia podczas dalszych prac. W skrócie – zamontowałem karabiny i chłodnice. Oraz stateczniki.

W tym miejscu instrukcja montażu sugeruje zająć się przodem samolotu. Ja jednak stanowczo ODRADZAM przyklejanie podstawy silnika na tym etapie prac. Z paru względów. Przede wszystkim chodzi o to, że połówki kadłuba przed szoferką delikatnie pracują. Tym samym zmienia się prześwit między nimi, a jest on otworem montażowym płata. Przyklejając przód ustala się pozycję ścian kadłuba, a co za tym idzie wielkość otworu. A ustala się niekoniecznie właściwie. Dlatego bardziej roztropnym rozwiązaniem jest zaczęcie od montażu płata. Ale żeby płat zamontować, najpierw trzeba go skleić, co wymaga pokonania paru niefajności. Bo już na wstępie mamy parchate wlewy wgryzające się w powierzchnie skrzydeł (i to w ryflowaną fakturę).

Na szczęście po usunięciu tych obrzydliwych wlewów i nadlewek mamy dwa świetnie spasowane ze sobą elementy. Na duże powierzchnie styku zaaplikowałem wolno schnący Roket Plastic Glue z Deluxe Materials.

Następnie złożyłem ze sobą połówki płata i tam, gdzie było trzeba (a było takich fragmentów niewiele) dodatkowo podlałem spoinę cienkim klejem Mr. Cement S.

Miejsce styku wymaga naprawdę subtelnej obróbki – popieszczenia gąbka polerką. Przy okazji jednak dobrze jest usunąć co prawda delikatne, ale jednak rzucające się w oczy i paskudne wybrzuszenia wzdłuż linii podziału. W tym celu taśmą 3M zabezpieczyłem żebrowanie dalszej powierzchni płata.

Podjąłem też próbę nacięcia linii podziału. Pomysł jednak szybko zarzuciłem, ponieważ nie widziałem sposobu na odpowiednie ich wykończenie bez ryzyka uszkodzenia nazbyt subtelnej imitacji blachy falistej na poszyciu.

Gotowy płat mogłem zamontować w kadłubie. I dopiero wypustka montażowa w dolnej powierzchni centropłata nadaje otworowi w kadłubie odpowiedni kształt. A że wszystko pasuje do siebie idealnie, po złożeniu na sucho miejsce łączenia podlałem jedynie niewielką ilością cienkiego Mr. Cement S.

Zastrzały pasują idealnie…pod warunkiem idealnego usunięcia nadlewek. Jest zatem oczywiste, że przed użyciem kleju należy je dobrze dopasować na sucho. No i rzecz jasna, mogłem wkleić łoże silnika…

..a skoro i tak leżał brzuszkiem do góry, to zamontowałem też koła. Szkoda, że w instrukcji nie ma wyraźnej wskazówki na temat ich odpowiedniego nachylenia względem goleni i podłoża.

Tym samym dochodzimy do sedna tarczy tego modelu. Rzeczy najważniejszej. Silnika, a w zasadzie zamontowanego w nim śmigiełka, które SIĘ KRĘCI. Tu uwaga, trzeba walczyć ze sobą, bo pod żadnym pozorem na tym etapie nie wolno przyklejać łopat. W przeciwnym przypadku będzie kłopot z umieszczeniem we właściwym miejscu osłony silnika. Zaczynamy zatem od zamontowania SAMEGO kołpaka (tak, wiem, na silniku zostawiłem szwy, nie chciało mi się ich usuwać, mijała jedenasta godzina posiedzenia, tak zostawiłem i już. Poza tym liczyłem, że schowa się to pod rurami wydechowymi. I się przeliczyłem…)

Oczywiście i tu Arma Hobby się nie popisała. Kołpak montuje się bowiem za pomocą specjalnego elementu w pinezkowatym kształcie. Tymczasem by można było obcować z prawdziwym modelarstwem przez duże “CH”, powinien być to bolec, który po przetknięciu przez otwór montażowy należy spęcznić rozgrzanym nad świeczką gwoździem. Ale nic to, trzeba się cieszyć tym co mamy.

Rury wydechowe… Niestety, jak się spojrzy na to, jak wyglądają w wypraskach, robi się słabo. Bo znowu te nadlewki. Ponieważ to drobne i delikatne elementy, na tyle, na ile było to możliwe, obrobiłem je przed wycięciem z ramki.

Na szczęście, ponownie mamy do czynienia z sytuacją, gdzie uporawszy się z podłą robotą w usuwanie nadlewek otrzymujemy idealnie spasowane, nawet nie najgorzej wyglądające elementy.

Przypominam, że nadal trzeba powstrzymywać się przed przyklejeniem łopat śmigła. Bo najpierw trzeba przykleić osłonę silnika. A żeby ją przykleić, to najpierw trzeba ją skleić. A po sklejeniu doprowadzić do wyględności. Płytkie, szerokie linie podziału pogłębiłem piłka żyletkową JLC…

…a następnie powierzchnie przeszlifowałem, zbierając tyle plastiku, by wspomniane linie zaczęły wyglądać na nieco cieńsze.

Osłona wchodzi na swoje miejsce dość luźno, dlatego trzeba dokładnie sprawdzić czy ustawiona jest ostatecznie we właściwej pozycji i pod odpowiednim kątem. No i  można wreszcie przykleić łopaty śmigła…

…a po wklejeniu dmuchnąć i sprawdzić czy wszystko działa jak trzeba.

No dobra, skoro mamy pewność, że model jest udany, można zając się ostatnimi duperelami. Wiatrochron. To delikatny element. Ażeby uniknąć obsmarkania go klejem, najlepiej jest go wkleić w następujący sposób – najpierw w otwór montażowy należy wlać odrobinę cienkiego kleju. Nawet dwukrotnie. Tak, by plastik nieco się rozpuścił. A dopiero wtedy, już bez dodatkowego kleju, umieścić element przeźroczysty we właściwym miejscu.

A na koniec można przykleić pozostałe drobiazgi, czyli to, co by odpadło dziesięć razy podczas budowy. Oczywiście, o ile jak w tym przypadku, nie zamierzamy modelu malować.