1/72 PZL.37A – Łoś A

Fly – 72040

 

Wyścig o serca i portfele panlechickich współmodelarzy trwa w tym roku w najlepsze. Kolejne pezetelki trafiają do zapowiedzi lub na rynek, a to wszystko w skreślonej już w wielu kręgach skali 1/72. Dziwi jednak, że trochę bez rozgłosu na rynek wszedł Łoś z Fly. To znaczy rozgłos był, ale tylko do premiery. A nie jest tak, że to życzliwa zasłona milczenia. A może jednak? Popatrzmy zatem.

Może na wstępie jeszcze – aby p.t. czytelnikom oszczędzić ewentualnej straty czasu na lekturę – co prawda producent tego nie wskazuje w instrukcji montażu, ale po delikatnym spęcznieniu rozgrzanym żelazem osi osadzonych w osłonach silników śmigła powinny się kręcić. Niemniej jednak owe osie są dość krótkie, co nie ułatwia zadania. Generalnie sztylet w zdradę.

Pudełko nie onieśmiela dizajnem ani boxartem. W gruncie rzeczy pod tym względem niewiele się różni od ZTS Plastyków straszących z półek w supermarketach. I to tych nowych, bo oryginalna ilustracja z pierwszych edycji Łosia była jednak całkiem udana.

Na rewersie opakowania umieszczono profile z zawartymi w zestawie malowaniami.

Z kolei z boku znajduje się informacja, kto będzie obarczany przez producenta odpowiedzialnością za wszelkie błędy i niedoskonałości modelu.

Samo pudełko może nie należy do najbardziej solidnych, jakie widziałem, ale w zasadzie chroni zawartość. A zawartość to foliowy worek z elementami modelu, instrukcją i kalkomaniami.

To może na początek pochylmy się nad instrukcją. Otwiera ją krótki rys historyczny wraz z podaną bibliografią.

Potem mamy zestawienie wszystkich elementów modelu. O tyle istotne, że na ramkach nie ma numeracji poszczególnych części.

Przewodnik po budowie jest zupełnie przejrzysty i czytelny, choć powstały w oparciu o rendery (IBG jakoś gorzej sobie z tym radzi, postępując w ten sam sposób).

To teraz malowania. Jak wspomniałem, Fly proponuje trzy.

To ostatnie ciekawe głownie ze względu na ‘smaczuś’, czyli kawałek niepomalowanej blachy wokół okienka strzelca. Sęk w tym, że w modelu owego okienka nie ma. To znaczy jest element przeźroczysty, ale w kadłubie ani nie ma otworu, ani nawet w żadnej sposób nie jest zasygnalizowana pozycja owego okna.

Nawiasem mówiąc, dość osobliwy jest dobór palet sugerowanych farb.

Arkusz kalkomanii nie jest zatem przesadnie wybujały. Zawiera jednak nie tylko wszelkie oznaczenia, ale i komplet napisów eksploatacyjnych. Szkoda, że zabrakło w nim naklejki na tablice przyrządów do szoferki.

Zgadywać można, że wydrukowane przez Techmod, zatem na całkiem wysokim poziomie.

To teraz sam model. Jak już widać było na diagramie z instrukcji, wszystko mieści się w trzech ramkach z szarego plastiku i jednej przeźroczystej.

Jest też garść żywic, przy czym zaznaczyć trzeba, że nie są one waloryzacjami czy zamiennikami plastiku, a stanowią integralny element konstrukcji.

Mamy tu zatem komory bombowe

..przy czym nie jestem przekonany co do doskonałości tego pomysłu. Pomijając nakład pracy niezbędny do wpasowania ich w płat, to widzę inny potencjalny problem – o ile prawdopodobnie wzory były zaprojektowane i wydrukowane tak, że idealnie pasowały do plastikowej konstrukcji, to skurcz gumowej formy i skurcz żywicy może dość szybko to perfekcyjne spasowanie obrócić w niwecz. Może, choć nie musi. Jednak przy tak dużych elementach ryzyko jest adekwatne do gabarytu. Mniej obawiam się o silniki, które są co prawda nieco uproszczone, ale prezentują się nie najgorzej – na tyle, na ile eksponowane będą w gotowej miniaturze. Nawiasem mówiąc – przyznać trzeba że FLY całkiem mądrze wymyślił podział konstrukcji silników i ich osłon.

Z żywicy odlanych jest też parę drobiazgów do komór bombowych oraz wnętrza kadłuba. Przy czym na przykład oparcia foteli to taka sztuka dla sztuki, bo od tego, co jest w plastiku, nie różnią się znacząco (choć oczywiście wymagają więcej obróbki).

Tu bardziej by cieszyły kompletne fotele odlane wraz z imitacjami pasów. Bo nie, w modelu nie ma żadnych fototrawionych blaszek – nie ma zatem też owych pasów. Skoro przy detalach jesteśmy… Ramka, w której są zawarte, wygląda na odlewaną w formie drążonej cyfrowo. Podobnie robi od jakiegoś czasu Special Hobby. Mimo to elementy są, nazwijmy to, nierówne. Jedne mają zupełnie przyzwoite i ostre detale, inne wyglądają jak frezowane w maśle.

Magazynki do karabinów (to chyba szczeniaki – i innych nie ma w zestawie) są osobnymi detalami. No więcej roboty z obróbką, ale mniej kłopotu z malowaniem. I odpada ryzyko zapadlisk na zewnątrz kadłuba w miejscach, gdzie grubość plastiku jest znacząco większa.

W komplecie mamy dwa typy kołpaków i dwa typy goleni podwozia.

Koła natomiast są tylko w jednej wersji – z kołpakami (nie tak jak w ZTSie, gdzie kołpaki były osobnymi, doklejanymi detalami). I zasadniczo nie są najmocniejszym akcentem tej miniatury.

Pozostałe dwie ramki to główne elementy płatowca. I wyglądają.. .niejednoznacznie. Taki wypieszczony szortran, jednak wypieszczony niekonsekwentnie. Bo niektóre detale są mydlane – jak choćby podłoga kabiny

Z kolei zupełnie dobrze FLY poradził sobie z chłodnicami na spodzie płata.

Powierzchnie są wypolerowane, linie podziału cieniutkie. Naprawdę cieniutkie – to zwraca uwagę już po wyjęciu worka z wypraskami z pudełka. No dobrze, są delikatne i odpowiednio wyraźne, ale miejscami widać, że rylec poleciał za daleko. Czemu nikt tego nie wyszpachlował? No i linie ładne, a niektóre panele jak rysowane długopisem w parafinie. Jak wspominałem – model pod względem wykończenia jest niespójny.

Skoro na powyższym zdjęciu mignął już kawałek statecznika, to jeszcze zdjęcie stateczników i powierzchni sterowych..

..bo szkoda sobie strzępić języka nad czymś tak złym. Projektant chyba nie mógł się zdecydować, czy chce zrobić blaszane listwy czy szmatę oklejona taśmami wzmacniającymi…
Bez szału jest tez we wnętrzu. Pomijam brak imitacji wręg – tego nie widać w zamkniętej bryle – ale detale są płaskie i rozmyte. Wyraźne natomiast są ślady po wypychaczach. I ulokowane tak, że zawstydzają nawet wczesne modele Hobby Bossa, w których jeśli było jakieś miejsce, z którego trudno usunąć takowy ślad, bo detale, zły dostęp i widoczna powierzchnia – to oni właśnie tam lokowali wypychacz. FLY zawiesił wysoko poprzeczkę w tej materii.

Może to jednak nie problem, bo oszklenie… No właśnie. Szklarnia w Łosiu to naprawdę istotna rzecz – mam nadzieję, że IBG się tu nie wyłoży, bo z przeźroczystymi elementami miewają wciąż jeszcze problemy. A jak poradził sobie Fly?

Nie jest przesadnie cienkie. Tych, którzy znają modele Special Hobby, nie muszę przekonywać, że w szortach da się zrobić ładne szkiełka. Ale dowodem na to oszklenie, jakie zaoferował Fly, nie będzie. Ramy są mało wyraźne. To chyba będzie wymagało po zamaskowaniu kilku warstw surfacera. Dodatkowo owe ramy jeszcze ulegną zatarciu, bo powierzchnie szybek trzeba niestety wypolerować. I to całkiem solidnie. Na szczęście oszklenie w całości nie zniekształca. Pod tym względem jest dobrze – wiec szklarnia nie jest stracona.

Na koniec wróćmy jeszcze na momencik do linii podziału. Bo one naprawdę cienkie są. Szczególnie, gdy porówna się z innymi siedemdwójkowymi modelami. Na przykład z karasiem z IBG

…pejedenastką z Arma Hobby…

…czy wreszcie z niemal legendarnym spitem eduarda

KFS