1/72 Arma Hobby Hurricane Mk.I Expert Set – wiwisekcja

Arma Hobby nr. kat. 70019

Kamil niedawno zrecenzował niewątpliwie gorący towar, jakim jest nowy Hurricane w skali nikczemnej. Co już powoli staje się regułą, premiera tej plastikowej zabawki wywołała w części środowiska rodzimych sklejaczy ferment porównywalny z reakcjami na kolędy w wykonaniu sióstr Godlewskich na YT. Mimo, że skala 1/72 nie jest moją ulubioną (przynajmniej w lotnictwie, bo taka mała pancerka jest już całkiem wciągająca), postanowiłem podjąć się próbnej budowy tego zestawu. Zwyciężyła ciekawość i nieuleczalna sympatia do Garbuska, wyniesiona pewnie z szczenięcej fascynacji “Dywizjonem 303” Fiedlera.

Będąc praworządnym obywatelem, budowę rozpocząłem od etapu 1 wg instrukcji, czyli ścianek komór podwozia.  I tu czekała pierwsza niespodzianka – czopy montażowe na jednym elemencie nie wchodzą w odpowiadające im otwory w drugim…

Ostatecznie odciąłem wystające czopy (pióra?), dla pewności dopasowania ułożyłem elementy na ich docelowym miejscu i skleiłem “na styk”, jednocześnie nie doklejając ich na razie do płata.

Zestaw Expert zawiera blaszkę z wieloma elementami znacząco poprawiającymi wygląd miniaturki i to była pierwsza okazja do ich użycia. Podmieniłem więc sufit komór podwozia.

Można już było zamontować  ścianki:

Projektant założył montaż goleni podwozia już na tym etapie. Nie przepadam za takim rozwiązaniem (znanym choćby z Phantoma Academy w 1/48), ponieważ później przez prawie całą budowę i obróbkę modelu trzeba uważać, aby goleni niechcący nie połamać. Dlatego montaż skrzydeł odłożyłem na później, planując połączyć je z kadłubem tak późno jak to tylko będzie możliwe, i zabrałem się za kokpit.

Zmontowałem elementy “podłogi”, a właściwie podnóżka wraz z (nieco topornym, niestety) drążkiem sterowym oraz pedałami steru kierunku, wzbogaconymi o elementy fototrawione.

Na burty nakleiłem dedykowane blaszki (usuwając wcześniej odlane w tym miejscu plastikowe imitacje osprzętu). Dokleiłem też ładnie odtworzone kratownice – tu trzeba było lekko pokombinować, ponieważ znowu kołki montażowe mają za dużą średnicę względem otworów. Poradziłem z tym sobie nakładając do każdego otworu po kropli Tamiya Thin Cement (zwykłego, nie Quick), dołożyłem kołki, poczekałem kilka sekund i delikatnie wcisnąłem. Rozmiękczony plastik zadziałał odpowiednio i kratownice siadły na swoim miejscu. Następnie zamontowałem resztę fototrawionej drobnicy.

Kolejnym krokiem było zmontowanie tylnej ściany kabiny z fotelem i fototrawionymi pasami. Jeśli chodzi o ślady frezu na pancernej płycie zagłówka, to prawda, są tam. Jednak na tyle delikatne, że usunąłem to w pięć sekund, gąbką ścierną.  Poza tym wszystko spasowało tak idealnie, że nie chciało mi się robić zdjęcia na surowo i od razu przeszedłem do malowania wnętrze kabiny (instrukcja nie jest do końca jasna co do kolorystyki detali, warto więc wesprzeć się dokumentacją; ja prawdopodobnie porobiłem błędy). Użyłem Interior Grey-Green Hataki (HTK-C025) i Previous Silver Mr.Hobby. Szczerze mówiąc, odpuściłem sobie rokokoko i zaawansowane łosze-srosze, ponieważ nie było na to specjalnie czasu…

Oto ujęcie kabiny gotowej już do złożenia połówek kadłuba:

Prawie gotowej, bo brakuje jeszcze tablicy przyrządów. W zestawie Expert mamy dwie opcje: użycie plastikowego elementu  odtworzonymi konturami zegarów lub blaszki fototrawione. W obydwu przypadkach imitacje zegarów znajdują się na kalkomaniach (znów odsyłam do recenzji Kamila). Ponieważ producent daje dwa komplety tych kalkomanii (a właściwie cztery kalkomanie, bo każdy komplet składa się z dwóch: “spodniej” z zegarami i “wierzchniej” z obramowaniami tychże i różnymi napisami), postanowiłem dla porównania zrobić obydwa warianty. W przypadku blaszki instrukcja nakazuje najpierw wyszlifować na gładko tablicę plastikową, pomalować ją na czarno, nanieść na to zegary i dopiero nakleić blaszki (a na końcu drugą kalkomanię). Jednak ponieważ planowałem oddzielnie zbudować tablicę plastikową, z fototrawionką musiałem sobie poradzić inaczej. Cienki arkusik Plastructa pomalowałem na czarno, pokryłem lakierem bezbarwnym i nakleiłem na niego kalkomanię z zegarami.

Pomalowaną wcześniej na czarno blaszkę mogłem teraz nakleić na zegary (które przypasowały idealnie do otworów w blaszce), a następnie ostrym skalpelem odciąłem nadmiar plastiku po krawędzi blaszki. W ten sposób miałem tablicę gotową do nałożenia “wierzchniej” kalkomanii.

Ostatnim etapem było doklejenie busoli, która składa się z dwóch oddzielnych elementów PE.

Z blaszką plastikową było mniej zabawy – po pomalowaniu elementu na czarno i pokryciu go błyszczącym lakierem bezbarwnym, nałożyłem najpierw “spodnią”, później “wierzchnią” kalkomanię. Ponieważ środkowa konsolka z zegarami wystaje znacznie bardziej niż na blaszce, kalkomanie z zegarami dla bezpieczeństwa podzieliłem na trzy części, co ułatwiło nakładanie – wszystko siadło pięknie na swoje miejsce.

W obydwu przypadkach nakładanie kalkomanii bardzo ułatwił mi mój ulubiony specyfik, czyli Decal Softener nr. 3 produkcji Bilmodel. Kalkomanie nakładałem na kroplę Microscale Set, następnie pozycjonowałem je precyzyjnie na swoim miejscu i usuwałem delikatnie nadmiar Seta, a na koniec nanosiłem aerografem delikatną mgiełkę “trójki”, która wręcz roztapia przeźroczysty film. Technika ta wymaga pewnej praktyki i ostrożności, ale jest moją ulubioną. Jak dotąd, jedynie kalkomanie Rodena nie poddały się magicznemu działaniu płynu Bilmodela. A odnosząc się do popularnych ostatnio wątków olfaktorycznych w modelarstwie, płyn ten posiada bardzo intrygujący zapach (kojarzący mi się z aromatami do ciast), który niewątpliwie wzbogaci nastrój w tych ponurych norach, w których niejeden z nas oddaje się swojemu pożałowania godnemu hobby.

Ostatecznie tablice wyglądały tak (blaszka po lewej, plastik po prawej):

Podejrzewam, że dylemat, którą metodę wybrać i tak rozwiąże wkrótce Yahu, bo obstawiam w ciemno, że niedługo wypuszczą na rynek odpowiednią tablicę przyrządów.

W swoim modelu postanowiłem zamontować tablicę fototrawioną. Okazuje się, ze jest ona minimalnie szersza od plastikowej, wiec dobrze jest przeszlifować jej krawędzie papierem ściernym, a później zachować uwagę przy składaniu połówek kadłuba.

W moim przypadku montaż kadłuba przebiegł bezproblemowo. Tym razem kołki montażowe pasowały jak trzeba.

A tu dowód, że nie oszukuję, i elementy wnętrza są na swoich miejscach:

Świetne dopasowanie połówek kadłuba cieszy tym bardziej, że bardzo ładnie odtworzona struktura załamań płóciennego poszycia na ożebrowaniu w tylnej części kadłuba utrudniałaby grubsze poprawki w przypadku niedoróbek.

Kontynuując montaż kadłuba, dokleiłem statecznik poziomy. Pasuje on idealnie i tu kolejne brawa za projekt, w którym nie dość że jest on jednoczęściowy (co eliminuje problem z pilnowaniem symetrii przy montażu), to doklejany jest po liniach podziału blach w tej okolicy. Wystarczy położyć go na swoim miejscu i spoinę pomiziać “cienkim” klejem. W tym miejscu popełniłem zresztą mały błąd, bo zapomniałem dokleić powierzchnie sterowe, ale o tym za chwilę.

Statecznik pionowy sprawił trochę więcej problemu. Mamy na nim pióra, które mają wejść w odpowiednie szczeliny na kadłubie. No właśnie, mają, ale znowu szczeliny są za wąskie, albo pióra za grube. Ostatecznie usunąłem pióro z krawędzi pionowej i mocno pocieniłem to na poziomej. Po rozmiękczeniu “cienkim” klejem udało się całość jakoś zmontować, ale trzeba było pilnować odpowiedniej pozycji statecznika, bo klejenie było praktycznie “na styk”.

Wspomniane wcześniej powierzchnie sterowe statecznika poziomego są odlane jako jeden element, ale ja przez swoje gapiostwo musiałem je przeciąć, aby możliwe było zamontowanie ich po doklejeniu statecznika pionowego. Nie był to żaden problem, należało jedynie dopilnować, aby wychylenie obydwu sterów było jednakowe,

Montażu podwozia i skrzydeł nie dało się już dłużej odkładać. Golenie podwozia głównego mają niestety przesunięcia formy, dlatego wymagają trochę pracy. Przy montażu znów pojawił się problem kołków nie pasujących do otworów na ściankach komór podwozia – trzeba je lekko rozwiercić. Na szczęście geometria podwozia nie wymaga specjalnej ingerencji; po złożeniu wszystko wygląda jak trzeba.

Można więc było zamontować dolną część skrzydeł (pasuje idealnie) i nakleić nań elementy spodu kabiny. Tym samym otrzymałem efektowne latające skrzydło:

W ten sposób nadejszła wiekopomna chwila połączania kadłuba z płatem. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, całość spasowała praktycznie idealnie. Wystarczyło złożyć na sucho i zalać “cienkim ” klejem.

Jedyne miejsca wymagające drobnej interwencji to krawędź oprofilowania przejścia skrzydło-kadłub w przedniej części, tam gdzie znajduje się tajemniczy “klocek” (kto ma model, będzie wiedział o co chodzi) – rzeczony klocek lekko wystaje i trzeba go zeszlifować. Minimalnie za szeroka szpara u nasady lewego skrzydła również prosi się o wypełnienie.

Mając kompletna bryłę, mogłem zająć się drobnicą. W rurach wydechowych przed montażem nawierciłem otwory:

Przygotowałem koła oraz osłony wnęk podwozia – te drugie wymagały zaszpachlowania jamek skurczowych.

Z czterech proponowanych przez AH malowań wybrałem ostatnie, RPA-ńskie. Zadecydowała o tym obecność tropikalnego filtra powietrza, lekka egzotyka oznaczeń oraz mocne zużycie tego egzemplarza, widoczne na zdjęciach archiwalnych. Sam filtr składa się z dwóch połówek, idealnie zresztą spasowanych.

Zmontowałem również chłodnicę wraz z osłoną. Zestawowe blaszki dodają szczegółowości (i pozwalają zamaskować jamki skurczowe widoczne na plastikowym elemencie).

Przed złożeniem chłodnicy w całość, wnętrze pomalowałem na kolor Sky (Hataka HTK-C026), a radiatory na Dark Iron Mr.Hobby. Po sklejeniu niezbędne było zaszpachlowanie i wyszlifowanie łączenia.

Chłodnicę i chwyt powietrza zamontowałem na modelu. Jedna i druga pasuje idealnie, jedynie przy montażu chwytu powietrza należy zachować ostrożność, ponieważ brak jest jakichkolwiek elementów pozycjonujących i najlepiej zajrzeć do dokumentacji, aby nakleić ją w odpowiednim miejscu.

Światła do lądowania można wzbogacić w edycji Ekspert o charakterystyczne dla RAFu trójramienne elementy na kloszach (wiem, oberwie mi się od specjalistów że nie wiem, jak to się nazywa i jaka była funkcja…), które trzeba wkleić do wnętrza elementów przeźroczystych.

Należało też zając się światłami pozycyjnymi. Mimo, że ich imitacje są na ramce przeźroczystej, to odpowiednie miejsca na skrzydłach trzeba samodzielnie wyciąć.

Jest to czynność banalna i wypada to zrobić, tym bardziej, że Garbusek miał klosze bezbarwne i tylko kolorowe żarówki wewnątrz, dlatego zwykłym pomalowaniem plastiku nie osiągniemy odpowiedniego efektu. Co ciekawe, elementy przeźroczyste mają już wykonane zagłębienia, w które wystarczy nałożyć kroplę czerwonej lub zielonej farby – plus dla AH za zaoszczędzenie nam wiercenia w tych niewielkich elementach.

Reflektory i światła pozycyjne zamontowałem w skrzydłach. Spasowanie jest OK, ale nie udało mi się uniknąć konieczności delikatnego ich przeszlifowania w celu idealnego wpasowania w obrys skrzydeł. Po przepolerowaniu pastą Tamiya wydawało mi się, że już jest dobrze, jednak wróg modelarstwa nr.1, czyli makro, zburzyło mój dobrostan. Trzeba będzie poprawić przed malowaniem.

Przed montażem oszklenia kabiny musiałem zamontować celownik. Znajduje on się na ramce plastikowej:

Celownik wzbogaciłem w szybkę i dokleiłem w odpowiednim miejscu.

Przyszła pora na oszklenie kabiny. Przed montażem przepolerowałem je pastą polerską Tamiya.

Model możemy zbudować z otwartą lub zamkniętą kabiną. Wiatrochron jest ten sam, natomiast odsuwane część oddzielne dla obydwu opcji. Jeśli wybieramy opcję  zamkniętą, to od razu możemy dokleić wiatrochron i limuzynę. Ja chciałem mieć opcję porównania wersji otwartej i zamkniętej, dlatego limuzynę “zamkniętą” przyłożyłem “na sucho” i dopasowując do niej wiatrochron, dokleiłem go.

Nie jest tajemnicą, że oszklenie nie jest najmocniejsza stroną tego modelu. Choć akceptowalnie przeźroczyste, to jednak jest bardzo grube. Z tego powodu, opcja “otwarta” wydaje się czysto teoretyczna, ponieważ grubość oszklenia bardzo bije wtedy po oczach. Ale oczywiście da się, jakby ktoś chciał:

Przy okazji wypróbowałem dołączone do zestawu maski i pasują one bardzo dobrze.

Pozostało jeszcze zmontować śmigło:

Mimo, że łopaty są oddzielne, to rozsądnie przemyślane połączenie sprawia, ze nie ma problemów z zachowaniem geometrii elementu po montażu. I co najważniejsze – śmigło MOŻE SIĘ KRĘCIĆ!!!

 

Zbliżając się do końca, muszę pochwalić AH za to, ze dbają nie tylko o nasz rozwój manualny, ale i intelektualny. W instrukcji znajdują się zagadki logiczne, których mnie nie udało się rozwiązać, ale bystrzejsi pewnie dadzą radę. Dotyczy to montażu osłon zapobiegających oślepianiu pilota przez płomienie wydechowe (montowane zwykle w Hurricane używanych jako nocne myśliwce; elementy PE8) oraz kołnierza za śmigłem (widocznego na zdjęciach niektórych egzemplarzy; element PE4). Autor instrukcji pokazuje nam, gdzie zamontować dany element, umieszczając jednak jasne zalecenie, że nie należy ich używać. Tak na poważnie, to obstawiam że jest to wynik jakichś szybkich poprawek w ostatniej wersji instrukcji. Decydując o tym, czy użyć danych elementów, najlepiej posiłkować się dokumentacją (mój RPA-ńczyk ich nie miał).

Do zamontowania pozostałą już tylko drobnica – antena, stopień do wchodzenia, rurka Pitota itp. Tego już pokazywał nie będę, bo chcę sobie później model bezproblemowo pomalować bez niepotrzebnej destrukcji. Model udało mi się poskładać tak naprawdę w kilka wieczorów. Poza wymienionymi przeze mnie niespodziankami z niedopasowaniem elementów montażowych (banalnymi do obejścia dla większości modelarzy, może z wyłączeniem totalnych nowicjuszy), nie napotkałem problemów. Może nie jest to najlepszy pomysł na pierwszy model dla początkujących, ale bardziej doświadczeni poradzą sobie bez problemu.

 

Artur Osikowski