1/72 BT-42

7565 – Dragon Models

Dawno temu, kiedy Dragon wypuścił swoje pierwsze modele w skali 1/72 nie były one mistrzostwem świata, ale trudno im było zarzucić niechlujstwo czy brakoróbstwo. Z czasem Dragon pokazał jak mogą wyglądać miniatury w tej skali wypuszczając modele wariacji Panzerkampfwagen IV, będące do tej pory wzorem, do którego zbliża się chyba tylko Flyhawk. Później było już tylko gorzej: coraz prostsze konstrukcje, coraz mniej części, coraz gorsza jakość wykonania. Aż doszliśmy do modelu fińskiej maszyny zagłady BT-42 Anno Domini 2018. To może bez zbędnych ceregieli przejdę do opisu modelu, że tak zażartuję.

Pudełko zdobi szarobury box art, który jest po prostu brzydki. Z drugiej strony mamy trzy profile z podanymi kolorami malowania. Wszystkie opisane jako “jednostka niezidentyfikowana”, co w przypadku tego pojazdu jest dowodem tylko i wyłącznie na lenistwo producenta. BT-42 wyprodukowano w tak małej liczbie egzemplarzy, że historia niemal każdego jest dokładnie znana, włączając nie tylko w jakiej służył jednostce, ale nawet kto nim dowodził. Co ciekawe ilustracje nie zawierają umiejscowienia oznaczeń narodowych A dlaczego to pewnie wszyscy wiemy – hinduski symbol szczęścia jest po prostu w niektórych krajach zakazany. Zamiast tego mamy numery kalkomanii z dość mglistym wyjaśnieniem gdzie się mają znaleźć.

A jak wygląda plastik? Dostajemy tutaj dwie ramki, przy czym jedna wygląda bardziej jak vintydżowe drzewka, które można było znaleźć w pudełkach gdzieś w połowie XX w. Oczywiście spowodowało to, że z ramki wyłamała się górna część wieży oraz kadłub i to jeszcze w foliowym woreczku.

Kolejna ramka to podwojone elementy kół zawieszenia typu Christie.

No i dostajemy jeszcze paski gąsienic w kolorze, który przywodzi na myśl materiał nazywany przez Dragona DS. Czyli niby winyl, ale można go było kleić klejem do plastiku typu Revell Contacta albo Tamiya Extra Thin. Jest to nawet napisane w instrukcji. Jednak nic bardziej mylnego. Tutaj dostajemy produkt podobny do DS, który w dotyku przypomina zwykły winyl. Hańba, zdrada, oszustwo.

W zasadzie zdjęcia wyprasek z takiej odległości mogą sugerować że jest to model uproszczony w stylu tych z serii First to Fight lub World at War. Ponownie nic bardziej mylnego, gdyż wystarczy przejść w zdradziecki tryb makro, by stwierdzić że polscy producenci ze swoimi pionkami do gry łykają Dragona na śniadanie. Detale są tak grube i klocowate, a jednocześnie miękkie i mydlane, że trudno uwierzyć że ten model został wyprodukowany w drugiej dekadzie XXI wieku. Uproszczenia są tak ordynarne, że powodują ból zębów.

Jedynymi częściami, które nie dają powodu do płaczu są koła, które są w miarę OK, oraz nawiercone rury wydechów.

Postanowiłem jeszcze na szybko wyciąć główne elementy i złożyć je na sucho, by móc szybko porównać sylwetkę najnowszej produkcji Dragona z modelem Unimodels, który ujrzał światło dzienne gdy Kopernik tworzył swe wiekopomne dzieło. Nie będę rozpisywał się na temat różnic, bo widać je gołym okiem.

Od razu też pożałowałem, że powiększyłem zdjęcia gąsienic.

Instrukcja montażu wygląda jakby była wydrukowana na biurowej drukarce. Jej zawartość doskonale oddaje poziom samego modelu.

W pudełku znajdziemy jeszcze mały arkusik kalkomanii, który jest jednak zupełnie bezużyteczny No może przesadzam – można z niego wykorzystać numery rejestracyjne. Jeżeli natomiast chodzi o fińskie hakaristi, to nie dość że są zbyt duże, jest ich za mało, to jeszcze pozbawione charakterystycznej białej obwódki. No i oczywiście zostały podzielone żeby nie deprawowały niemieckich modelarzy.

Model ma jedną zaletę, a mianowicie to, że podejmuje dość ciekawy temat jakim był ten fiński pojazd, którego skuteczność w walce była zbliżona do gotowanego ziemniaka. Być może oznacza to również, że Dragon wypuści inne modele z rodziny BT, ale radziłbym jednak by przed zakupem przyjrzeć się dokładnie alternatywie z Pegasusa albo z Unimodels, bo choć tamte firmy nie zrobiły modeli bez wad to jednak wykazały się przynajmniej rzetelnością.

Podsumowując: model tylko dla wytrwałych i zawziętych, którzy mają dremela i nie zawahają się go użyć. Wielokrotnie.

Radek “Panzer” Rzeszotarski