Gdy IBG Models wypuszcza jakiś model na rynek, to jednego można być pewnym – na jednej wersji się nie skończy. Tak też się stało w przypadku jednego z najbrzydszych czołgów japońskich, czyli Typ 89. Recenzję przedstawiciela rodziny autorstwa Kamila można przeczytać TUTAJ. Wersja, którą ja wziąłem na warsztat różni się tak naprawdę jedynie detalami – kształtem wieży oraz przedniej płyty kadłuba. Całość konstrukcji, a co za tym idzie modelu, jest w zasadzie taka sama, a więc szkoda strzępić klawiaturę na pisanie po raz wtóry o tym jak model wygląda w ramkach. Gwoli formalności pudełko tego akurat modelu prezentuje się tak:

Zdjęcie ze strony IBG Models

Lepiej przejść do meritum, czyli wiwisekcji pacjenta.

Proponuję, aby montaż tego modelu (i jakiegokolwiek innego z tej serii) rozpocząć zgodnie z instrukcją od poskładania wózków jezdnych i kół. Tych drugich jest “zaledwie” 36 sztuk. Cały ten etap jest tak żmudny i upierdliwy, że najlepiej go mieć jak najszybciej za sobą. Dobrze jest skombinować sobie jakiś zamykany pojemniczek na już obrobione elementy, żeby ich nie pogubić, bo zapasu nie ma.

Następnym etapem jest wycięcie wózków jezdnych i przyklejenie do nich kół. Ja najpierw zrobiłem to z jednej strony i zostawiłem wszystko do wyschnięcia.

W między czasie wziąłem się za sklejenie kadłuba. I tutaj niespodzianka. Pomimo tego, że nastawiałem się na pewne problemy w montażu elementu kadłuba z form suwakowych z płytami podłogi i przednią, to okazało się, że wszystko pasuje idealnie. Naprawdę trzeba wykazać się złą wolą, żeby schrzanić montaż tych części. Podłoga i kadłub połączyły się na “klik”.

Kiedy spoiny w kadłubie tężały, ja przykleiłem drugą stronę kół do wózków jezdnych i ponownie odstawiłem do wyschnięcia. W tym momencie powinny pozostać Wam w pojemniku 4 sztuki kółek. I tak powinno być, bo są one potrzebne do przednich, niezależnych wózków, które trzeba zmontować w kolejnym etapie.

Następne w kolejności było wycięcie i wklejenie dziesięciu sztuk podpór dla rolek podtrzymujących. Radzę przy ich wycinaniu i obróbce zachować ostrożność, bo można te elementy łatwo uszkodzić (radzę też ostrożne z pęsetą, bo części te mają potencjał stać się pociskami).

Następnie postanowiłem przygotować koła napędowe i napinające. Te drugie w tym czołgu są również zębate. I tutaj mały minus dla modelu IBG: wycinanie i obróbka kół zębatych to mordęga. Nie chodzi o to, że są źle odlane, ale o umiejscowienie kanałów wlewowych. Są one dość duże i grube a na dodatek umieszczone NA zębach. Wyłuskanie ich z ramek i sprawienie to spora gimnastyka.

Wsporniki listwy mocującej rolki podtrzymujące wkleiłem do osłony bocznej jeszcze w ramce. Wydało mi się, że w ten sposób łatwiej zachowam ich geometrię (szczególnie prostopadłość do osłony).

Następnie zmontowałem małe przednie wózki jezdne i w ten oto sposób otrzymałem kilka podzespołów, które składały się na zewnętrzną i przednią część zawieszenia.

Montaż całości nie nastręcza problemów, a to dzięki sprytnym kołkom mocującym koło napinające, które nie pozwalają źle go wkleić w osłonę.

 

Pozostało wyciąć i przykleić zewnętrzne rolki napinające i voilà! Zawieszenie gotowe. Zadałem sobie trud i policzyłem, że na układ jezdny (bez elementów kadłuba i gąsienic) składają się 82, słownie: osiemdziesiąt dwie, części!!! Przypominam, że mówimy o modelu, który ma mniej niż dziesięć centymetrów długości.

A jak już miałem za sobą ten maraton, to przyszedł czas na kolejny, tym razem związany z gąsienicami. Tutaj również postanowiłem najpierw wyciąć i obrobić wszystkie pojedyncze ogniwa i schować do pojemniczka.

Wycięte ogniwa złożyłem “na sucho” w paski o długości wskazanej w instrukcji. Następnie zakropiłem łączenia niezbyt dużą ilością cienkiego kleju i odczekałem ok. 10 minut.

Kiedy spoina była jeszcze miękka, owinąłem odcinek gąsienicy wokół koła napinającego zgodnie ze wskazaniem instrukcji.

Całą procedurę trzeba powtórzyć na pozostałych trzech kołach zębatych (napinających i napędowych), a resztę biegu gąsienic uzupełnić paskami.

Wbrew pozorom nie jest to ani trudne, ani długotrwałe. Należy jednak zachować uwagę, by odpowiednie paski wkleić w odpowiednie miejsca. Myślę jednak, że instrukcja jest w tym punkcie bardzo czytelna i trudno tutaj o pomyłkę.

W czasie, gdy klej sechł przygotowywałem inne większe elementy konstrukcyjne: boczne sponsony, błotniki, zasobnik i tłumik. W przypadku tłumika instrukcja zawiera drobny błąd: pokazuje, że należy dokleić do niego końcówkę wydechu, jednak w rzeczywistości jest ona już elementem całości. Dobrze, że w tę stronę. Uchwyty na zasobniku są stanowczo za grube, ale zdecydowałem je pozostawić, by każdy miał ogląd jak wygląda model sklejony w całości prosto z pudła.

Sklejenie konstrukcji wieży, podobnie jak kadłuba było formalnością. Części spasowane idealnie, po podlaniu cienkim klejem od Tamiyi składały się same.

Następnie przyszedł czas na wybór, czy właz dowódcy wkleimy zamknięty, czy otwarty. Ja wybrałem to drugie rozwiązanie. Jeżeli jednak również się na nie zdecydujecie to musicie wziąć pod uwagę, że wewnętrzne strony włazów w modelu są gołe jak służbowy yaris handlowca. Osobiście, póki co, nie dokopałem się do żadnych zdjęć tego elementu, więc pozostaje chyba radosna twórczość. Kompletna wieża prezentuje się tak:

Otworu w lufie działka wiercić nie trzeba, natomiast trzeba rozwiercić lufę karabinu przeciwlotniczego.

Ogon do przekraczania okopów również składał się bezproblemowo. Fototrawione płaskowniki przykleiłem oczywiście cyjanoakrylem.

Następnie dokleiłem wszystkie wyżej wymienione elementy do kadłuba. Ponownie obyło się bez żadnych niespodzianek… prawie.

Okazało się, że lepiej trzymać się instrukcji. Przy przyklejaniu ogona do kadłuba trzeba było ten pierwszy trochę odgiąć by trafić w otwory pozycjonujące. Efektem były pogięte elementy fototrawione. Tak więc trzeba najpierw przykleić plastikowy moduł ogona do kadłuba, a dopiero później dokleić płaskowniki z blaszki.

Na szczęście boczne listwy rolek podtrzymujących zamontowałem już bez żadnych przykrych niespodzianek.

Pozostało już tylko zamontować plastikową drobnicę…

… i fototrawioną osłonę silnika (dla mniej doświadczonych albo leniwych w zestawie znajduje się również plastikowy zamiennik tego elementu). Model sklejony prosto z pudła prezentuje się tak:

P.S. Pewnie niektórych zdziwi, a wręcz zaszokuje, że nie poprawiłem pogiętych elementów z blaszki (chociaż z debonderem to pięć minut roboty). Otóż wpadłem na pomysł, by docelowo na ogonie umieścić sporo ładunku i ten zgięty w dół płaskownik mam zamiar wykorzystać jako swojego rodzaju smaczek – uszkodzenie spowodowane załadowanym ciężarem.

Radek “Panzer” Rzeszotarski