70mm Slavic Warrior

Valkiria Miniatures – VHP-08

 

Na rynek właśnie trafiła kolejna już figurka z Valkiria Miniatures serii inspirowanej ilustracjami Bartka Drejewicza. Tym razem mamy pinapa słowiańskiego, czyli w sumie z plusem za Panlechickie malowanie. Opakowanie jak wszystkie inne w serii, czyli porządne, schludne pudełko – na jednej stronie ilustracja Bartka Drejewicza stanowiąca inspirację, na drugiej render wzoru

Wewnątrz jak zwykle bezpiecznie spakowane elementy – zawinięte w folie bąbelkową

Uwagę zwraca mała fiszka. Z jednej strony z logotypem producenta, z drugiej z paroma istotnymi słowami odnośnie sytuacji na rynku figurkowym.

I tak trochę na aproposie, jako dodatek dostajemy dwie małe wlepki – jedną z logo Valkirii, drugą z logiem akcji antypirackiej

Nawiasem mówiąc logotyp tej akcji jest koszmarny. Nie bardzo rozumiem co mają wspólnego z piractwem halabarda i pędzel, jakie weń wkomponowano. Ogólnie rzecz biorąc nie da się obok tej grafiki przejść obojętnie – może o to chodziło. Tylko nadal nie rozumiem co krwawienie oczu ma wspólnego z kupowaniem oryginałów lub niekupowaniem klonów. Dobrze, tyle w temacie w tym temacie, do sprawy wrócę jeszcze na koniec tego materiału, a tymczasem zajmijmy się modelem.

Drobniejsze elementy są popakowane do dwóch małych strunówek – a jedna z nich dodatkowo wzmocniona kawałkiem kartonu, co zabezpiecza elementy przed pogięciem czy złamaniem. Główne elementy figurki kryje jak zwykle kartonowa trumienka

Postać podzielona jest na dwie części, a reszta to drobnica – no może mniej drobna tarcza, prócz tego miecz, toporek, kask, róg a nawet grzebień!

Do tego mamy podstawkę. Może poprzestanę na tym, że jest jaka jest i miejmy jej temat już za sobą

Odlewy są perfekcyjne – pozbawione bąbli, nadlewek, wyraźnych szwów. No, może toporek został zbyt szybko wyciągnięty z gumy, bo trafił mi si.e z lekka wygięty, ale to zdecydowanie nie jest powód do robienia scen. Detale wyraźne, filigranowe. No i wzór – a ściślej rzecz ujmując – wydruk – również doskonały. Lub doskonale opracowany w procesie postprodukcji, bo smug czy warstw nie sposób dostrzec.

Ogólnie rzecz ujmując to chyba pierwszy raz, kiedy bardziej podoba mi się ilustracja Bartka Drejewicza niż rzeźba nieznanego autora. I przewrotnie właśnie dlatego, że figurka zbyt sztywno trzyma się konceptu. Ekspresyjna poza z ilustracji musiała być katorgą przy próbach odtworzenia jej w trójwymiarze. No ale to się udało. Szacun. Tym większy, że papier wiele znosi, i ot takietam lamelki pancerza to narysować było łatwo i wszystko się zgadzało. A opiąć to na kobiecych kształtach to już musiało być jak budowanie domku z dwunastu talii kart albo pakowanie na wakacje pięcioosobowej rodziny do fiata 126p. Dało się? Dało.

Nie jestem też przekonany czy zmrużone oczy to był najlepszy pomysł. Ok, to po pomalowaniu, szczególnie dobrym, powinno wyglądać ekstra. Ale żeby pomalować to potrzeba będzie grubego skila i litrów Valium.

Jednocześnie szkoda, że w jednym, jedynym elemencie, który mi się w tej figurce nie podoba, rzeźbiarz nie trzymał się bardziej wiernie rysunkowi koncepcyjnemu.

Bo to, co mamy w figurce nie wygląda za dobrze. Ja rozumiem, ze bywa taka konwencja – choćby laleczki z Kingdom Death mają dość specyficzne kształty i proporcje – ale jednak rysunki Bartka w takiej konwencji rysowane nie są. A rzeźba jest wierna w sumie to nie wiem czemu, bo ani z profilu, ani od frontu nie wygląda to nazbyt dobrze

Na marginesie, jeżeli kolorową ilustrację traktować jako sugestie kolorystyczna, to tu też jedna rzecz mi nie pasuje – skoro słowianka, to kozaczki powinny być BIAŁE!

 

I teraz tak.. odrobina publicystyki z gatunku tl;dr.

Kwestią niepodlegającą dyskusji jest to, że polski rynek wychował się na klonach. Z różnych względów – i nie szukając usprawiedliwienia, a jedynie dla zrozumienia zjawiska wskazać trzeba by choćby na aspekt finansowy. To nie są tanie rzeczy. Ale zasadniczo to hobby tanie nie jest, więc to przestaje być argumentem. To, co jednak się nie zmienia, to dostępność. Kilka sklepów próbowało, ale żaden nie wytrzymał. Najwierniejszymi klientami byli klonerzy z polski, a tak poza tym to mało kto kupował, a co drugi się zniechęcał, bo na wybrane produkty musiał czekać, czasem jednak nazbyt długo. Bo sklepowi niespecjalnie kalkulowało się ściągać jedną sztukę. A żeby mieć pełną ofertę to kawał hajsu by trzeba zamrozić w towarze. Indywidualne zakupy u zagranicznych producentów czy sklepów tez bywało mocno upierdliwe. Głownie za sprawą form i kosztów wysyłki. Takie Pegaso na przykład to wysyłało wyłącznie ekspresową przesyłką kurierską. W czasach, kiedy nawet w spedycji krajowej firmy kurierskie swoimi cennikami raczej straszyły, niż konkurowały z pocztą. No więc żeby nie zapłacić więcej za wysyłkę, niż za figurkę to trzeba było robić spółdzielnie i zakupy grupowe.  No ale to też się odrobinę, ale jednak poprawiło. Innymi słowy dostępności nie jest już barierą nie do przeskoczenia. A i ceny oryginałów przestały tak szokować, zarówno w kontekście zasobności społeczeństwa jak i ogólnie cen w hobby jakim jest modelarstwo. Przynajmniej tak było do niedawna. Bo polska rynkiem nigdy nie była, choćby z powyższych względów. Rynkiem był zgniły zachód. I wszystko było pięknie, aż do momentu gdy na imprezę nie wjechali Azjaci. Pojawili się, i świetnie zadomowili na ebayu, aliekspress, czy nawet tworząc sklepy (te ostatnie to także pomysł na biznes paru braci Rosjan, a nawet naszych krajanów – choć AFAIK mieszkających po azjatyckiej stronie Wisły). Zjawisko błyskawicznie urosło do tego stopnia, że producenci dostali sraczki. Ja się nie dziwie – jest umiarkowanie budujące, gdy widać, ze pirat sprzedaje więcej sztuk danego wzoru w większej ilości, niż sprzedało się oryginałów. No i zaczęła się parada dość histerycznych reakcji. Wśród tych cudacznych szczególnie rozczula mnie pomysł linkowania przez manufaktury sklepów i serwisów aukcyjnych z ofertami nielegalnych kopii. Oczywiście komcie zawsze są zgodnie piętnujące piractwo. Tylko że klonerom potem zupełnym zbiegiem okoliczności skacze sprzedaż. Nie w dół, skacze do góry.. Inni policzyli sobie, że żeby wyjść na swoje muszą sprzedać powiedzmy sto sztuk, w takiej to a takiej cenie. Robią więc limitowaną edycję – setka i koniec, nie będzie reedycji. Co sprzedadzą, to ich, pod warunkiem, ze sprzedadzą w pierwsze dwa – trzy tygodnie, nim pojawi się piracka konkurencja. Tylko że ta metoda ma też krótkie nogi i marną perspektywę. Bo tych ciekawych figurek pojawia się jednak niemało. No i z powyższych względów, jako limitowane, są jednak coraz droższe. I to zaczyna boleć już nawet klientów dewizowych. No więc OK, twórca wychodzi na swoje, i niech mu się darzy, ale takim modelem biznesowym sam wpycha w ręce piratów swoich niedoszłych klientów. Tych, którzy przegapili, którzy w danym miesiącu byli już za krótko z kasą, albo po prostu było to za drogie. Można też iść w drugą stronę – obniżyć cenę licząc na większą sprzedaż. Z taką sytuacja mamy do czynienia w przypadku omawianej wyżej figurki. Producent miał gest i pomysł – w ramach akcji ‘stop piractwu’- krzyknął za model nieznacznie tylko więcej niż cenią swoje odlewy barbarzyńcy z aliekspress. Miejmy nadzieję, że zadziała, bo tez wolałbym, żeby figurki były tańsze, niż droższe. Tylko bez solidnej akcji informacyjnej to też nie da rady. Bo trzeba ludziom tłuc do głowy, ze cena to nie koszt odlewu – cena to koszt wzornictwa, rzeźbiarza, autora boxartu, opakowania, i wreszcie produkcji. Nie wspominając o takich drobiazgach jak koszty prowadzenia działalności przez producentów – te stałe i nie pozwalające od siebie uciec, jak rachunki za prąd, czynsz, księgową i pizzę. Bo jest coś trzeba. O tym wszystkim zresztą wzmiankuje choćby pokazana wyżej ulotka (szkoda, ze również nie w języku polskim – ja wiem, ze polska to nie rynek, ale w sumie czemu nie?). Tylko też byłoby wskazane, żeby wszystkie te hasła o tym, że co by nie mówić, to mamy tu do czynienia z produktami do pewnego stopnia ekskluzywnymi. OK, nie neguję. Choćby to, jakie pierwsze wrażenie sprawiają figurki z Valkirii pokazuje, ze można stworzyć u klienta poczucie obcowania z produktem niepospolitym. Gorzej, że nie zawsze tak jest. Jednak chyba coraz rzadziej.

I zupełnie nie wiem, w jakim kierunku to wszystko będzie podążać, ale jak tak dalej pójdzie to branże figurkową trzeba będzie dopisać do listy z obrazka poniżej

..z konkluzją taką samą.

KFS