1:100 Priest Tank Expansion– GaleForce 9

TANKS48

Parę lat temu rosyjska Zvezda wypuściła na rynek serię prostych modelików pojazdów w rzadko spotykanej skali 1:100. Jak się okazało w ślad za modelami Rosjanie ruszyli z systemem strategicznych gier bitewnych do którego owe modele miały być przeznaczone. Z ciekawości zaopatrzyłem się w Shermana (a jakże) i począłem rozglądać po rynku. Okazało się że modelików w tej nędzarnej skali (szerzej znanej jako 15mm) jest całkiem sporo. Między innymi seria pojazdów do gry (bo ciężko w tym przypadku mówić o systemie) o wdzięcznej nazwie TANKS. Jej producentem jest studio GaleForce Nine, będące firmą córką wargamingowego Battlefront’u. Sama rozgrywka w założeniu przypomina  komputerowe World Of Tanks, tylko rozgrywane na stole w kuchni. Znaczy się na kwadratowej planszy poruszają się dwa oddziały czołgów usiłując zdobyć wyznaczony cel lub zniszczyć przeciwnika. Zasady proste, łatwe do przyswojenia w kilkanaście minut. Na pierwszy rzut oka lekko krotochwilne, do zabawy przy spotkaniu z kolegami, bądź żoną jeśli się da przymusić. Kiedy jednak przyjrzymy się im bliżej, okazuje się że gra może być nieco bardziej wymagająca, przez to że każdy czołg możemy ulepszyć poprzez dodanie załogantów, lub wyposażenia dających bonusy.

Ale ja nie o tym. Oprócz samej gry, urzekły mnie modeliki będące sednem tej zabawy. Z powodów tego urzeczenia postaram się wytłumaczyć poniżej. Pierwej, jako że tradycji musi stać się zadość, opis tego co znajduje się w zestawie czy dodatku do gry (zależy czy patrzymy na to jako gracz, czy jako ktoś lubiący składać plastikowe zabawki).

Kaznodzieja zapakowany jest w sztywny plastikowy blister, całkiem sensownie chroniący zawartość. Wściekle kolorowa wkładka opatrzona jest zdjęciem gotowego wozu, niespecjalnie ładnie pomalowanego. Owa zawartość jest zbliżona gabarytami do wspomnianych modeli Zvezdy – mamy tu do czynienia z jedną ramką.

Dodatkiem jest zestaw sztywnych lakierowanych kart, które ktoś nie lubiący gier planszowych może wyrzucić, lub użyć do tego do czego chciałby użyć sztywne lakierowane karty (modelu rozebranego śmigłowca z nich się nie da zrobić, bo niestety są kartonowe).

Modelik składa się z kilkunastu elementów, można poskładać go w kilkadziesiąt minut. Układ jezdny odlany jest jako jeden element, razem z gąsienicami. Zważywszy na skalę nie wygląda to źle.

Jednym elementem jest także górna część kadłuba odlana razem z przedziałem bojowym. Jest to największy kawałek zabawki, robiący moim zdaniem także największe wrażenie. Widać że projektanci całkiem nieźle mają opanowane swoje rzemiosło i umieją stosować wielodzielne formy. Na kadłubie odlano całkiem sporo detali. Szwy powstające po łączeniu form są prawie niewidoczne.

Dotyczy to w zasadzie wszystkich elementów. W ogóle pod względem wykonania miniaturka nie budzi zastrzeżeń – nie doszukamy się tu wklęśnięć materiału, ślady po wypychaczach są sprytnie poukrywane – same zalety.
Działo odlano jako jedną część, całkiem sensownie zdetalizowaną. Jak przyjrzycie się uważnie, na tym elemencie jest prawie niewidoczny ślad po wypychaczu. Konia z rzędem temu kto przyuważy to na zmontowanym karaluchu…

Jest też parę elementów wyposażenia dodatkowego, którym możemy zabaweczkę upiększyć.

Instrukcja wydrukowana jest na tylnej stronie wkładki z obrazkiem i przedstawiona jest w formie renderów w rzucie aksonometrycznym. Raczej nie umożliwia popełnienia błedów przy sklejaniu, aczkolwiek dla mnie jest zbyt niewyraźna (wolę rysunki) i pstrokata.

Wbrew temu co sugeruje zdjęcie na pudełku w zestawie nie ma kalkomanii o które musimy postarać się sami. Nie jest to zbyt trudne jak się troszkę poszuka.

Jako że kilka podobnych maluchów mam za sobą (tak, gra mi się spodobała…) nie spodziewam się tu żadnych niespodzianek w trakcie montażu – dotychczas montowało je się jak klocki lego. Ot wyciachać z ramki, oczyścić lekko papierkiem tam gdzie trzeba, kapnąć klejem i gotowe.
Żeby nie było za dobrze mamy też łyżkę dziegdziu. Modele są przede wszystkim pionkami do gry, powoduje to że są jednak mniej filigranowe i subtelne niż chciałby tego przeciętny modelarz zajmujący się mikroskalami, przyzwyczajony ostatnimi czasy do modeli wiodących chińskich firm lub choćby rodzimego IBG.
Za to jeśli ktoś chce w krótkim czasie wzbogacić się o kolekcję modeli pojazdów, którą może upchnąć w kącie półki, i która po pomalowaniu będzie wyglądała całkiem atrakcyjnie, powinien na tą serię zwrócić uwagę.

 

Michał Błachuta