1/72 Fokker E.III – Eduard

Postanowiłem w końcu zabrać się za recenzowany przeze mnie wcześniej weekendowy zestaw i jego uzupełnienie w postaci blachy. Biorąc pod uwagę skalę, która jest normalnie poza moją strefą komfortu spodziewałem się niezłej przygody. Uzbroiłem się w skrzynkę Polo Cockty i dokonałem pierwszego cięcia.

Budowę prawie każdego szmatopłata zaczynam od poskładania silnika, a dopiero w dalszej kolejności przechodzę do kokpitu. Tym razem pierwszym gotowym podzespołem był karabin Spandau. W wersji weekendowej jego chłodnica odlana jest jako jeden element wraz z resztą tego elementu uzbrojenia. Nawet w skali 1/72 wygląda to słabo i podrasowanie tego elementu lufą jak sugeruje instrukcja, w moim przypadku wykonaną z mosiężnej rurki oraz chłodnicą z Zooma była koniecznością.


Chłodnice zwinąłem używając wiertła i w miarę miękkiego podkładu. W przypadku grubszych blaszek warto jest je wcześniej rozhartować. Tutaj nie było to konieczne i samo rolowanie przy pomocy wiertła dało oczekiwany efekt.


Kolejnym modułem był silnik Oberursel, który prosto “spudła” niezbyt przypominał oryginał. Biorąc pod uwagę jak mocno wyeksponowany to element, po raz kolejny byłem wdzięczny, że posiadam blachę Eduarda. Wystarczyło przykleić dwie części przy użyciu CA i serce Eindeckera od razu zaczęło cieszyć oko.


Przed sklejeniem głównych komponentów przygotowałem również śmigło. Pomimo niewielkich rozmiarów w skali 1/72, na pewno będzie przykuwało uwagę. Zeszlifowałem jego mocowanie i zastąpiłem je zdecydowanie bardziej finezyjnym fototrawionymi.


Przyznam szczerze, że nie jestem wielkim fanem kolorowych blaszek Eduarda ale w tej skali pokolorowana już tablica wygląda całkiem przyjemnie i z chęcią zastąpiłem tą z tworzywa właśnie nią. Jest ona zdecydowanie bardziej przestrzenna, choć i z zestawowej dałoby radę od biedy coś wyciągnąć.


Następnym krokiem było przygotowanie kabiny pilota. Biorąc pod uwagę minimalną ilość instrumentów, które znajdowały się w pierwowzorze, sklejenie tego elementu nie zabrało mi dużo czasu. Pokusiłem się jedynie o dodanie cięgien orczyka. Pomalowałem całość, od razu ponieważ dostęp do tych elementów po złożeniu kadłuba jest zdecydowanie niewystarczający. W przypadku kokpitu pasy i dźwignia sterowania silnikiem są chyba najważniejszymi elementami, które uzupełnia zestaw Zoom. Do tej ostatniej dodałem cięgło w postaci cienkiego drucika.


Złożenie połówek kadłuba pokazało, że niestety konieczne będzie szpachlowanie.


Skleiłem więc kadłub używając rzadkiego kleju Tamiya i poszpachlowałem używając białej szpachlówki tej samej firmy. Oprócz szwów na łączeniu połówek kadłuba, obróbki wymagały także dwie jamki skurczowe w okolicach kabiny.


Następnie dodałem detale z blachy, które uatrakcyjniły nieco wygląd bryły.
Zdecydowałem się użyć elementów płozy ogonowej z blaszki – wydawały mi się bardziej w skali niż cześć zaproponowana z plastiku.. Dokładnie odwrotne wrażenie miałem jednak jeśli chodzi o piramidkę przed kabiną pilota – wtryskowy element wygląda po prostu lepiej.

Nawierciłem także otwory w zaznaczonych przez producenta miejscach na linki sterowania, co znacznie ułatwia ich późniejsze wklejenie.


Dodałem również elementy podwozia i płozę ogonową. Utrzymanie geometrii nie nastręczało żadnych trudności, wystarczyło wkleić te elementy w odpowiednie otwory montażowe i po kłopocie. Przymierzyłem sobie także silnik.


Po doklejeniu skrzydeł, steru kierunku i wysokości model był w zasadzie gotowy do malowania. Założyłem sobie także śmigło, osłonę silnika oraz karabin żeby zobaczyć jak prezentuje się sylwetka modelu.

Na tym etapie celowo pominąłem stopnie oraz końcówkę drążka sterowego wychodzącego z podłogi ponieważ obawiałem się o uszkodzenie ich podczas malowania. Pozostało jedynie zdemontować karabin, śmigło, osłonę i silnik i pomalować płatowiec i uzupełnić całość naciągami, bez których żaden szmatopłat nie jest kompletny. Ten ostatni element najlepiej zostawić na prawie sam koniec, kiedy model jest już pomalowany, dzięki temu unikniemy ryzyka uszkodzenia mozolnie zakładanych naciągów poprzez naszą nieuwagę.

Model był już w zasadzie gotowy do odbycia honorowej rundy po pokoju.


Jako podsumowanie muszę stwierdzić, że choć normalnie raczej nie mam kontaktu ze skalą 1/72, była to przyjemna odmiana i całkiem niezła przygoda. Przyjazny modelarzowi zestaw wyjściowy i bardzo sensowny Zoom sprawiają, że mimo gabarytów powstaje ciesząca oko miniatura.

Filip “Xmald” Rząsa