1/700 German Battleship Bismarck 1941

FlyHawk Model – FH 1132

O jakości modeli Flyhawka nie ma się co rozpisywać. Od lat ten chiński producent pokazuje co z plastiku zrobić da się, a mało komu się chce, mało kto potrafi. I umówmy się, mało kogo stać na to.  W każdym razie jest to plastikowa liga mistrzów. Detale nie dość, że już skandalicznie małe, to przy tym ostre. I tak przy każdym ich modelu – bez względu na to, czy to kolejny okręt, czy pojazd wojskowy. Nie można było spodziewać się niczego innego przy kolejnej pozycji, tym razem legendarnej – bo mowa o miniaturze Bismarcka. Faktem jest, że to nie pierwszy model tego okrętu w ofercie FH, ale za to pierwszy w 1/700. W pudełku jak zwykle wielkie bogactwo woreczków z wypraskami, oraz – co już stało się zwyczajem – wydrukowany na kartoniku boxart. Ten akurat moim zdaniem mniej atrakcyjny niż zazwyczaj, co nie znaczy, że brzydki

No więc wspomniane bogactwo ramek – przedsmak daje juz diagram zamieszczony w instrukcji montażu

No i prezentują się o tak (cześć z nich jest zdublowana)

Kadłub jak zwykle podzielony na cześć w taki sposób, ze umożliwia zbudowanie modelu kompletnego, z wanną, jak i jedynie do linii wody, na morskiej podstawce. Podkreślić trzeba, że części są dobrze zabezpieczone przed uszkodzeniem. Przy okazji na jednym ze zdjęć linijka, dla oszacowania gabarytu – no jest to wielkie bydle

Ponieważ to edycja podstawowa modelu, nie ma w niej w zasadzie żadnych dodatków – nie licząc mikroskopijnej blaszki z jednym ledwie detalem

Całość uzupełnia dość okazały w porównaniu z dotychczasowymi arkusz kalkomanii – wydrukowany przez cartograf. Zawiera nalepki nie tylko dla samego okrętu, ale tez wybór oznaczeń dla samolotów pokładowych

Malowania i aplikację nalepek prezentują jak zwykle mocno schematyczne ilustracje

Skoro już kręcimy się woków samolotów, to w zestawie sa dwie miniatury Ar 196. Bardzo ładne, z dwiema wersjami skrzydeł (złożonymi i w pozycji gotowej do lotu), delikatnymi liniami podziału, imitacją poszycia i nieco przerysowanymi niektórymi detalami. Oraz jednym wielkim fakapem – Nie do końca rozumiem jaki był sens robienia oszklenia jako osobnego elementu, skoro zostało ono odlane z tego samego szarego plastiku, a nie jako detal przeźroczysty. Moim zdaniem bezsens i wtopa. Drobna, ale niesmak pozostał

Jest też druga rzecz, która pozostawia w najlepszym razie mieszane odczucia. O ile w recenzji HMS Lance cieszyłem się, że łańcuchy kotwiczne wreszcie są osobnymi detalami, to tutaj FH powrócił do mało moim zdaniem udanego pomysłu odlewania ich imitacji w formie płaskorzeźby na powierzchni pokładu. Ani to łatwe do wymalowania, ani łatwe do usunięcie, gdy ktoś chce wymienić na jakiś bardziej naturalny aftermarket

Poza tym jednak jest jak zwykle. A nawet bardziej. Imponujące są bowiem detale nadbudówek. A to, jak wygląda najdrobniejsze uzbrojenie pokładowe zakrawa już o obłęd – detale są tak małe, że w sumie nie wiadomo jak z nimi postępować. A przy tym delikatne i wyraźne. Lufy dział wielkokalibrowych mają już gotowe otwory. A przy okazji znajdziemy je w dwóch wariantach – z imitacjami fartuchów u nasady i bez. W tym pierwszym jednak przypadku nie ma swobody w ich spozycjonowaniu

KFS