1/50 Mother of Dragons

Kabuki Studio – Kickstarter campaign

Nie jestem kickstarterowym wyjadaczem – ledwie dwukrotnie zabawiłem się w tę formę kupowania dóbr w przedsprzedaży. W obydwu przypadkach chodziło o przedsięwzięcia związane z figurkami. Doświadczenia i owoce pierwszego z nich opisywałem już jakiś czas temu. Dzisiaj nieco o drugim, o którym przypomniały mi przewalające się przez internet komentarze ostatniego sezonu Gry o Tron. Bo rzecz o figurce bez wątpienia inspirowanej tymże serialem (choć szczerze wątpię, by wydawca legitymował się jakąkolwiek licencją). Rzecz kolejna, to znowu kuszą mnie dwie kolejne kickstarterowe zbiórki, a doświadczenia z tej tu pomagają mi powstrzymać wewnętrzne CHCEM!. Nie, żebym był uprzedzony, ale jednak wizja potencjalnego czekania potem rok na towar sprowadza nieco na ziemię.

To teraz będzie krótka historia tego, jak kampanie kikstarterowe nie powinny być przeprowadzane – zatem jak kogoś nie interesuje, to sugeruje przeskrolowac do kolejnego akapitu, gdzie będzie już o samej figurce – tam już bez kolejnych sensacji. Tu zresztą też sensacji nie będzie, a jedynie jeden wielki niekończący się fakap. Niekończący się, bo ja co prawda mam swoje dobra już od dawna, ale z newslettera jaki Kabuki rozsyła, oraz z komentarzy na KS wynika, ze jeszcze nie ze wszystkich zobowiązań się wywiązali. To znaczy na pewno się nie wywiązali, bo choćby obiecywanych tutoriali z malowania w formie pdf nikt nie uświadczył. No ale po kolei. Przedsięwzięcie wystartowało w grudniu 2017 roku. Z przytupem, bo minimalna kwota została zebrana już w ciągu pierwszych kilku godzin. Ale to chyba był czas apogeum popularności GoT (acz głowy za to nie dam, bo jakoś tak po pierwszym sezonie straciłem zainteresowanie tym serialem). Bo sama figurka nawet fajna, ale byłbym ostrożny w stwierdzeniach, że za sukcesem stała wyłącznie atrakcyjność rzeźby. Już na etapie zbiórki widać było, że sukces przedsięwzięcia przerasta twórców, bo choćby nagrody za przekroczenie kolejnych kamieni milowych w kwocie zgromadzonych środków w pewnym momencie zaczęły wyglądać na wymyślane na szybko dla łatania przedsięwzięcia. No w każdym razie zbiórka zakończyła się niewątpliwym sukcesem. I pierwszymi problemami. Bo nagle się okazało, że wszystkie dodatkowe przedmioty to należało dodać do swojego ‘koszyka’ jeszcze w trakcie trwania kampanii. Pierwsza reakcja twórców była – “przecież informowaliśmy”. No bo owszem, informowali, tylko mało wyraźnie. Potem rozpoczął się festiwal chaosu – po jakimś czasie Kabuki jednak pochyliło się nad problemem i oznajmiło, że owszem, będzie można dołożyć do zamówienia kolejne fanty. Tylko samo nie mogło się zdecydować w jaki sposób. Na przestrzeni kolejnych tygodni pojawiały się nowe deklaracje – że jakoś przez platformę KS, a że uruchomią u siebie na stronie ‘pledge managera’ dla wspierających projekt, a że pisać do nich wiadomości prywatne w tej sprawie itd. Ostatecznie stanęło na tej ostatniej opcji – w korespondencji można było skompletować ostateczne zamówienie i paypalem dopłacić odpowiednia kwotę. Tak minął styczeń. Minął luty. I kolejne miesiące. Fundatorzy coraz częściej dopytywali co z wysyłka (bo pierwotnie zapowiadana była na luty), na co Kabuki odpowiadało, żeby nie robić scen tylko pisać do nich wiadomości prywatne. A na zadawane tą drogą pytania odpisywali, że dziękują za wsparcie, ale jeszcze nad jakimiś tam fantami (co z moje perspektywy było słabym wytłumaczeniem – akurat nie nad tymi, które ja zamawiałem) i że wysyłka będzie wkrótce. Tak więc obserwowałem przepychanki w dyskusji na KS, a sam co jakiś czas słałem pytanie co z moją przesyłka. A więc dowiadywałem – w lipcu już zaraz miała być gotowa. W sierpniu już zaraz mieli wysyłać. We wrześniu już była spakowana. W połowie września to już nawet dostałem numer listu przewozowego. Przy czym przez kolejne dwa tygodnie wydawał się być pustym ciągiem cyfr. Przynajmniej w systemie śledzenia przesyłek. Ale już w drugiej połowie października dostałem maila od firmy spedycyjnej, że przesyłka do mnie jest w drodze. W końcu dotarła. Był listopad.

 

 

Zatem po ledwie jedenastu miesiącach w moje ręce trafiła figurka spakowana w skromny blister

Jakieś tam minimum dbałości o estetykę spełnia, acz jest mocno rachityczny. Na szczęscie mimo iż wyglądał jak rozdeptany, zawartości nic złego się nie stało

Zawartość owa w sumie dość bogata, bo figurka wraz z anturażem to aż dziesięć elementów odlanych z szarej żywicy

Odlewy naprawdę wysokiej jakości, wstępnie nawet oczyszczone z wlewów. Brak wyraźnych szwów, przesunięć, bąbli. Do tego nienaganny jednak wzór – albo doskonale wydrukowany, albo sumiennie z artefaktów druku wyczyszczony

Wstępne próby wskazują również na zupełnie dobre spasowanie poszczególnych elementów. Płaskie i jednak wiotkie połówki czaszki smoka może są delikatnie zwichrowane, ale to absolutnie nie problem

Jeśli chodzi o małego smoka, siedzącego na ręce figurki, to miłym akcentem jest mozliwośc wyboru jednej z dwóch jego wersji – małego słodziaka lub tak samo małego słodziaka, ale kościanego

 

Do zestawu zażyczyłem sobie jeszcze podstawkę – z drewna bukowego (choć mi to wygląda na kawałek paździerzu w średniej jakości bukowej okleinie – nie będę jednak skubał powierzchni tylko po to, żeby się w swoich insynuacjach upewnić).

..a do tego w komplecie dawali niewielką tabliczkę z nazwa laną z białego metalu

Napisałbym na koniec, że #będęmalował, ale jakoś wszystkie te perypetie ostudziły mój zapał do kolorowania tej laleczki. Aczkolwiek kiedyś pewnie trzeba będzie.

 

KFS