1/48 L-29 Delfín

Weekend Edition

Eduard 8464

Po pierwsze, Delfin to bardzo ładny paskudny samolocik. Pękaty kadłub, karykaturalnie mały statecznik pionowy, niewielkie skrzydełka i dwa miejsca, żeby upchnąć tam Pata i Mata. Niby takie zabawne coś, a jednocześnie bezkompromisowy historyczne pogromca naszej Iskry (jak ktoś wie, to wie – a jak nie wie, to warto poczytać). Znaczy się w sumie wraża maszyna…

Po wtóre, Eduard to firma która bardzo lubi swoim szyldem firmować przepaki  modeli, opatrzone nowymi zestawami naklejek, bądź żywicznymi czy fototrawionymi dodatkami.

Po trzecie, AMK to też firma modelarska. Która wydaje modele samolotów , będące obiektami marzeń wielbicieli samolotów.

Jak się to zepnie razem to się ma niebieskie pudełko z wrażym Delfinem a AMK ze znaczkiem Eduarda. Znaczy się wersja Weekend z dwoma malowaniami, wydana rok po wersji ProfiPack (zestaw Nr. 8099).

Zawartość niebieskiego pudełka jest dość okazała jak na tak mały samolocik.

Mamy tu pięć ramek z szarego tworzywa autorstwa AMK.

Zdublowaną ramkę z przeróżnymi detalami.

Oraz jedną ramkę z oszkleniem.

Swoją drogą bardzo ładnym – przejrzystym i jednolitej grubości.

Ramki pochodzą z 2013 roku, więc nie są jakieś specjalnie nowe. Są też jednymi z pierwszych wypuszczonych przez AMK, i to widać.

Powierzchnie kadłuba i skrzydeł są umiarkowanie gładkie, z wklęsłymi i dość grubymi liniami podziału blach, oraz pozbawione nitów.

Detale są nieprzesadnie ostre i nieprzesadnie finezyjne

Fotele są pozbawione pasów (które za to są dołączone w postaci paskudnej kalkomanii, o czym niżej) i dość toporne.

Wnętrze szoferki (no dobra, kabiny pilotów) wrzeszczy o wymianę na coś aftermarketowego. Potworne kombo śladów po wypychaczach i topornej rzeźby nie zachęca do budowy wnętrza „spudła”. Za to fajnie wygląda pikowana wykładzina wnętrza kabiny.

Dość ładne są golenie podwozia i koła (te ostatnie bez bieżnika).

A także hamulce aerodynamiczne, a szczególnie ich wewnętrzna strona.

A jak jesteśmy przy hamulcach, to warto zaprezentować także blaszkę z zawiasami do tychże, oraz z dwiema antenami, stanowiącą dodatek hajtekowy.

Mowa o naprawdę symbolicznej blaszeńce.

W pudełku jest też oczywiście książeczka z instrukcją złożenia i pokolorowania modelu. Typowa dla Eduarda, znaczy się na kredzie i z czytelnymi diagramami.

Książeczka jest dość obszerna jak na zestaw Weekend, bo co prawda malowania tylko dwa, czyli brzydkie, smutne i szare ze Słowacji (ale za to z delfinem) …

…albo czeskie, porażająco żółte w tygrze paski.

Ale. Do słowackiego malowania dodatkiem są diagramy pozwalające upstrzyć samolocik napisami eksploatacyjnymi.

A w przypadku malowania czeskiego, diagramy pozwalające utygrysić delfina za pomocą dziesiątek nalepek.

Które nawiasem mówiąc są wydrukowane na osobnej dużej karcie.

A skoro mowa o nalepkach, kart z nimi jest więcej. Czyli arkusz ze znakami przynależności państwowej, godłami osobistymi, tablicami przyrządów (znośnymi) i wspomnianymi wcześniej pasami (wstrętnymi).

A także arkusik z napisami eksploatacyjnymi, przydatnymi tylko do słowackiego Delfina.

Same kalkomanie, drukowane przez Eduarda, są czytelne, na cienkim filmie, wyraźne i bez przesunięć kolorów. Słowem poprawne.

Podsumowując, jeśli ktoś pragnie zbudować wraży aeroplan w uwłaczającym malowaniu, albo ma wkrętkę na tygrysie malowania, to zestaw jest strzałem w dziesiątkę.

Michał Błachuta