1/48 Bf 109G-6 Tamiya vs Eduard runda 1

Pojedynek Gustawów – ważenie zawodników

Artur Osikowski

 

W ubiegłym roku na rynku pojawiły się dwa nowe modele prawdziwego evergreena w skali 1/48, czyli Messerschmitta Bf 109 w wersji G, autorstwa czeskiego Eduarda i japońskiej Tamiyi. Obydwa były dużymi wydarzeniami w światku modelarskim, choć z rożnych względów. “Eduardowy” z tego powodu, że firma zdecydowała się wycofać z rynku swój dosyć świeży, ale kontrowersyjny przez różne błędy merytoryczne i wymiarowe produkt i opracować całość modelu na nowo. No a co do Tamiyi, to producent ten znany jest z “legendarnej” albo jak kto woli, “kultowej” jakości, jednak nowe modele wypuszcza niezbyt często, więc  siłą rzeczy każdy staje się wydarzeniem. Tak zgrane w czasie premiery “Gustawów” oczywiście wzbudziły dyskusje, który model jest lepszy, a w polskich internetach tradycyjnie znów zawrzało i polała się wirtualna krew. Jako że, trochę przypadkiem, podczas ostatniego festiwalu w Bytomiu w ręce wpadły mi obydwa modele, postanowiłem przyjrzeć im się bliżej i podzielić swoimi wrażeniami. A  że najlepszym rozpoznaniem jest walka, będę też równolegle budował obydwa zestawy. Zanim jednak przejdę do warsztatów, szybki rzut oka na to, co znajduje się w pudełkach.

Omawiane modele są produktami odmiennych koncepcji projektowania. Eduard przyzwyczaił nas do tego, że przygotowując miniatury od razu stara się wycisnąć z nich tyle wersji, ile się da, stąd na ramkach znajdują się od razu części do różnych edycji. Nie inaczej jest w przypadku Gustawa, a jedną z mutacji zestawu opisał już Kamil, ja więc nie muszę już prezentował klasycznego “inboxa”. Moje porównanie z Tamiyią będzie się opierało na limitowanej edycji “Mersu”, czyli Gustawów w fińskich malowaniach, bo połowę tego właśnie wydania (na dodatek w ekskluzywnej wersji BFC!) nabyłem pokątnie od pewnego spekulanta. (W tym miejscu pozdrawiam Kolegów, w których mrocznym hotelowym pokoju na peryferiach Radzionkowa dzieliliśmy ten i inne modelarskie łupy).

 

Tamiya jak na razie skoncentrowała się na wersji G-6, więc ramki są znacznie bardziej zwarte i zawierają mniej części, choć wprawne oko zauważy też zwiastuny kolejnych wariantów Gustawa. Pudełko (zestaw nr. 61117) wygląda tak:

Części zawarte są na czterech ramkach z szarego plastiku.

… i jednej ramce przeźroczystej:

Ponadto dostajemy: woreczek z magnesikami (pozwalającymi na zamykanie i otwieranie osłon silnika w już zbudowanym modelu!) i gumowymi… kapturkami?…

…dwa arkusze kalkomanii, doskonałej jak to u tego producenta jakości technicznej:

…arkusik do samodzielnego wycięcia masek do oszklenia (w odróżnieniu od Eduarda nie są one fabrycznie docięte, mamy jedynie kontury elementów na samoprzylepnym papierze)…

… i mnóstwo makulatury. Po pierwsze, czarno-biała, wzorcowa instrukcja montażu wraz z schematem rozmieszczenia napisów eksploatacyjnych:

  

 

Dla spragnionych Rysu Historycznego przeznaczona jest ulotka z charakterystyką maszyny (większość tekstu napisana jest krzaczkami, ale jest też część po angielsku):

 

Całość uzupełnia efektowna, duża płachta z dokładnymi kolorowymi schematami wszystkich trzech wariantów oznaczeń:

Bez wchodzenia w szczegóły, oglądając zawartość tego pudełka ma się poczucie obcowania z produktem z absolutnie najwyższej światowej półki. A jak wygląda porównanie najważniejszych elementów z modelem Eduarda okiem szarego zjadacza plastiku? Spójrzmy na zdjęcia – wypraski Eduarda mają kolor zielonkawy, podczas gdy Tamiji – jasnoszarej.

Kadłuby. Model japońskiego producenta oferuje makietę silnika, co sprawia, że kadłub jest w przedniej części pozbawiony osłon, za to zawiera jako integralny element podstawę do osadzenia jednostki napędowej. Obydwa modele nie mają odlanego razem z kadłubem całego statecznika pionowego, co pozwala na żonglowanie wersjami maszyny…

Bliższy rzut oka na powierzchnię ujawnia podstawową różnicę w tej materii – model Eduarda jest fabrycznie ponitowany, podczas gdy Tamiya nie. Jeśli chcemy mieć nity, musimy to zrobić sami.

Pomijając kwestę nitów, poziom jakości detali jest w obydwu modelach doskonały. Nie ma też żadnych nadlewek czy jamek skurczowych.

Wnętrza kadłubów. Jak widać, obydwaj producenci część osprzętu odlali od razu na burtach kadłuba, stąd amatorów żywicznych kokpitów tak czy siak czeka szlifowanie. Szoferkom przyjrzymy się bliżej już na warsztacie.

 

Eduard, zgodnie z swoją polityką kuszenia żywicami wydawanymi do własnych modeli, ułatwia wycięcie luku pod takową radiostację:

Skrzydła. Jak widać, Eduard odlał górne połówki już z zakończeniami, podczas gdy w Tamiyi końcówki trzeba dokleić.

Bliższy rzut oka znów zwraca uwagę na kwestię nitów. Reszta – ponownie klasa światowa.

Dolne powierzchnie skrzydeł – znów doskonała jakość detali. W Tamiyi pojawia się nawet szczątkowe nitowanie.

  

W temacie nitów Eduard wygrywa przez dyskwalifikację przeciwnika, ale w kwestii silnika sytuacja jest odwrotna. Miniatura jednostki napędowej japońskiego producenta urzeka zdetalowaniem i po niewielkim wkładzie własnym w jej okablowanie, efekt powinien być doskonały.

Wspomniałem już wcześniej o możliwości wykonania modelu Tamiyi z ruchomymi pokrywami silnika, co pozwala na zmianę wariantu prezentacji (otwarty/zamknięty) już po jego ukończeniu. Temu nowatorskiemu i (jak wskazują opinie krążące po sieci) udanemu rozwiązaniu przyjrzymy się na etapie montażu.

W zestawi Tamiyi mamy również kadłubowe uzbrojenie wraz z osprzętem zasilającym w amunicję. Do Eduarda też możemy to mieć, ale po zakupieniu żywicznego zestawu silnik+uzbrojenie i wpasowaniu go drogą rzezania.

Rury wydechowe. Tu Eduard zrobił użytek z form suwakowych, mamy więc eleganckie wyloty (podobnie jak w lufach widocznych po prawej stronie). Nie ma potrzeby wiercenia.

Tamiya proponuje jedynie klasyczne klocki do rozwiercenia lub wymiany na żywiczne zamienniki. Punkcik dla Czechów.

Stateczniki. Eduard oferuje oddzielne powierzchnie sterowe statecznika poziomego, co pozwala bez cięcia i obróbki zrobić je w pozycji wychylonej, co moim zdaniem zawsze dodaje życia miniaturze.

Obydwaj producenci imitują paski wzmacniające na żebrach krytych płótnem powierzchni. Eduard zrobił to w typowy dla siebie, dosyć często krytykowany (szczególnie w modelach pierwszowojennych) sposób – efekt jest również moim zdaniem trochę przerysowany.

Nic strasznego, ale można lepiej, o czym przekonuje Tamiya (poniżej po lewej). Moim subiektywnym zdaniem u japońskiego producenta jest to zrobione idealnie – nie za mocno, nie za słabo. Idealnie do subtelnego podkreślenia washem.

Należy jeszcze dodać, że w obydwu modelach wszystkie elementy krawędzi spływu skrzydeł (lotki, klapy, klapy chłodnic) są oddzielnymi częściami, co pozwala na ich montaż w wybranej pozycji.

Koła podwozia głównego. U Eduarda mamy oczywiście galerię możliwych wariantów ogumienia i felg:

Porównując z Tamiyą (dla przypomnienia – szary plastik) można powiedzieć, że detale Eduarda są jednak trochę ostrzejsze; są też widoczne napisy na oponach.

Trochę szkoda, że żaden z producentów nie przygotował fabrycznie “ugiętego” wariantu opon. Akurat Bf 109  jest niewdzięczny do ręcznego szlifowania ze względu na to, że koła nie stykają się z podłożem pod kątem prostym.

W obydwu zestawach znajdziemy też podwieszane zbiorniki. Oto porównanie…

Oszklenie. Ramka Eduarda jest znowu większa, ze względu na uniwersalność projektu form. Jakoś elementów przeźroczystych jest świetna, choć w moim egzemplarzu na wiatrochronach obecne były skazy. Sprawę zgłosiłem do działu wsparcia klienta i czekam na obiecaną przesyłkę z nową ramką.

Oszklenie w zestawie Tamiyi jest absolutnie bezkonkurencyjne. Cienkie, klarowne, bez zniekształceń. Mistrzostwo świata.

 

 

Obydwa modele sprawiają doskonałe wrażenie i nie podejmuję się wydania werdyktu, który jest lepszy, bo taka obiektywna odpowiedź chyba nie istnieje. Pozostaje tylko cieszyć się, że chcąc zbudować Gustawa w skali 1/48 mamy wybór między tak doskonałymi produktami. Nie mogę doczekać się rozpoczęcia budowy…

Pierwszą część relacji z budowy obydwu zestawów można zobaczyć TU.

 

Artur Osikowski