1/35 Soviet Medium Tank T-55A Early Mod. 1965

Interior Kit

MiniArt – 37016

W czasie stuletniej historii czołgu nie było maszyny wyprodukowanej w takiej ilości egzemplarzy. I raczej się na inny rekord nie zanosi. Mowa tutaj o rodzinie pojazdów T-54/T-55. Szacuje się, że powstało ponad 95 tysięcy sztuk pięćczwórek i pięćpiątek, tak więc liczebnością produkcji przewyższają one nawet swojego dziadka T-34. Historia tegoż pojazdu zaczęła się już w trakcie Drugiej Wojny Światowej, kiedy to powstał ojciec, a zarazem prekursor nowej szkoły budowy czołgów w Związku Radzieckim, a mianowicie wóz T-44. Pojazd ten od początku traktowany był jako konstrukcja przejściowa, na której testowano różne innowacyjne rozwiązania – między innymi poprzecznie ustawiony silnik. I tak na bazie doświadczeń związanych z T-44, już w 1946 roku gotowy był prototyp nowego pojazdu, który stał się zalążkiem pancernego walca mającego przetoczyć się od zachodnich rubieży Imperium Sowieckiego aż do Zatoki Biskajskiej – mowa o T-54 z którego to w wyniku modernizacji i usprawnień wyłonił się bohater tejże recenzji T-55A. Mimo, że sam pojazd był produkowany od 1958 roku i brał udział bodajże we wszystkich konfliktach wojennych współczesnego świata, to dopiero w 2002 roku pojawił się w miarę porządny jego model wydany przez Tamiyę. Wszystkie poprzednie miniatury tylko w mniejszym, lub większym stopniu przypominały T-55. I tak na kolejne modelarskie odsłony najliczniej produkowanego czołgu przyszło nam czekać czternaście lat do momentu pojawienia się T-55AM i T-55AMW w wydaniu Takoma – świetne modele, chociaż nie bez wad.W tym samym roku 2016  pojawił się również model wspomnianego wcześniej T-44 wydany przez Miniart – i to był początek nowego rozdziału w historii tego producenta. Jeszcze w 2016 pojawiła się pierwsza wersja wozu T-54, i wszystko potoczyło się jak z górki. Kolejne wersje pojawiały się jak grzyby po deszczu, a ukraiński wytwórca starał się nie omijać żadnego modelu jak chociażby T-54-2. Każdy z proponowanych zestawów wychodzi w dwóch odsłonach – z wnętrzem, lub bez. Bohater tej recenzji to tzw. wersja full opcja, czyli z kompletnym, chociaż nie do końca – o czym później, wnętrzem. Zestaw wydany w 2017  przedstawia T-55A w konfiguracji z 1965 roku, bez WKM-u ładowniczego. Pudełko jest słusznych rozmiarów, szczególnie jeśli chodzi o jego głębokość. Z ciekawości nawet zważyłem całość i wyszło prawie 1,30 kilograma – całość naprawdę czuć w ręku. Boxart ciekawy i zarazem typowy dla producenta, przedstawiający czołg w barwach piechoty morskiej, poruszający się po plaży – możemy domniemać, iż wytoczył się właśnie z jakiegoś okrętu desantowego. Tutaj ciekawostka – zestawy full interior można poznać po tym, że pojazdy na boxartach przedstawione są na tle jakichś scenerii, modele pozbawione wnętrza pozbawione są również krajobrazów na okładkach opakowań. Pudełko jest wypakowane elementami miniatury po same brzegi, nie ma kawałka pustej przestrzeni. Jeżeli już wydobędziemy na światło dzienne wszystkie ramki, by cieszyć nasze oczy ogromem i jakością części, to powtórne zapakowanie wszystkiego z powrotem może wywołać u nas zawroty głowy.

Zestaw zawiera aż 93 ramki z elementami modelu, plus dwie fototrawionki, a także jeden większy i dwa malutkie arkusiki nalepek. Ilość ogromna, chociaż i tak nie wykorzystamy wszystkich części – niektóre wypraski występują w innych wersjach tegoż pojazdu i zawierają elementy niepotrzebne przy budowie naszej miniatury – to i tak całość robi wrażenie. A nawet bardzo duże wrażenie .Miałem okazję budować model z serii full opcji-T-44 – i odczucia z tamtej budowy były jak najbardziej pozytywne ,tak więc myślę, że i ten kit nie powinien sprawiać problemów. Moja rada – nie budować na siłę, gdyż dobrze ponad 1300 elementów może znużyć. W takich przypadkach ja robię w międzyczasie jakieś proste modeliki.

A

S

Ca + Cb

Hb

Fa + Fb

Tc x 3

Ea

B

Ga + Gb + Gc + Gd

Ud

T x 3

We x 3

Da + Db

Na

Pb

Ha

Kd x 2

Wi x 4

Wh x 2

Ue

Wm x 4

Jb

Wf x 2

Wk x 2

Wa x 2

Hm x 8

Ta x 2

Td x 3

Ho x 4

H x 6

Hn x 4

Wj x 2

Hd x 4

Hf x 10

N

P

Ub

PEa

PEb

Całość tego wypasionego pudełka uzupełniają kalkomanie,wydrukowane na cienkim, ale mocnym filmie, które dają nam możliwość wykonania ośmiu różnych wariantów malowań. Same nalepki mogę śmiało polecić, gdyż miałem już z nimi do czynienia – układają się świetnie, jak i również dobrze współdziałają z płynami firmy Microscale.

Oczywiście jest też instrukcja obsługi tego ustrojstwa, a raczej książeczka, gdyż etapy budowy przedstawione są aż w 104 krokach. Tak, tak to nie będzie szybki model. Okładka i rewers całości wydrukowano na papierze kredowym, a na ostatnich stronach przedstawiono wzory wcześniej wspomnianych malowań. I tak mamy do wyboru pięciu użytkowników tanka – Związek Radziecki, Węgry, Somalię, Jugosławię i Rumunię. Kolorystycznie raczej nie poszalejemy, bo każdy ze schematów przedstawia czołg w kolorze zielonym – no może z wyjątkiem węgierskiego wariantu z białymi pasami szybkiej identyfikacji, który to uczestniczył w niesieniu bratniej pomocy Czechosłowakom w 1968 roku. Pozostając w kwestii kolorowania, producent sugeruje nam pięciu wytwórców chemii modelarskiej – Vallejo, Humbrol, Mr.Color, Testors i Ammo Mig. I o ile zewnętrzna powłoka malarska ogranicza się praktycznie do trzech farbek, o tyle do pokolorowanie elementów wewnątrz pojazdu potrzeba nam będzie tych kolorów około szesnastu.

Miniart zdążył nas już przyzwyczaić do tego, iż jego modele są rozdrobnione w maksymalny sposób. Nie inaczej jest w przypadku i tego zestawu. I tak wanna kadłuba nie jest jednym elementem, jak to ma miejsce u większości producentów miniatur czołgów, a składa się z kilku elementów – każda płyta pancerna jest osobną częścią. Sama jakość wtrysków jest oczywiście bardzo dobra, a ślady po wypychaczach są delikatne i umiejscowione tak, że po montażu będą zupełnie niewidoczne.

Taki podział części może jest i pracochłonny, z drugiej jednak strony ułatwia nam bardzo późniejsze malowanie, gdyż czynności z tym związane możemy wykonywać sekcjami. Szczególne znaczenie ma to w przypadku wnętrza. Nawet połówki dachu wieży to oddzielne elementy, dzięki czemu mamy świetny dostęp do wewnętrznych części włazów załogantów.

Jeszcze parę zbliżeń na detale. Fajnym rozwiązaniem jest tutaj lufa armaty wykonana jako całość. Wystarczy dobrze wyszlifować szew po łączeniu form i powinna prezentować się dobrze. Jeżeli jednak ktoś chciałby ją wymienić na element toczony z metalu – jest już taka możliwość – Aber wprowadził do swojego asortymentu aftermarket dedykowany specjalnie modelom Miniartu.

Zewnętrzna instalacja paliwowa jest, bo jest, jednak j w tym miejscu proponowałbym jej wykonanie przy użyciu odpowiedniej grubości drucików. Poprawi to z pewnością odbiór wizualny miniatury. Ja to mówią – diabeł tkwi w szczegółach.

Najsłabiej wykonaną rzeczą w tym modelu jest karabinek AK-47. Miniaturkę broni osobistej załogi umieszczamy przy stanowisku ładowniczego wewnątrz wieży, i jest ona niestety wykonana – można powiedzieć – na odwal się. Zgrzyt. Można jednak przymknąć na to oko, gdyż w gotowym modelu nawet przez otwarte włazy kałasznikow będzie niewidoczny-no chyba, że zrobimy w tym miejscu przekrój pojazdu.

Pozostałe komponenty na całe szczęście takich wpadek nie mają, no a samego kałacha możemy oczywiście zastąpić .

Ciekawostką jest fakt, że same koła – zarówno jezdne, jak i napędowe możemy zakupić jako osobne zestawy. Wykonane są bardzo dobrze, jednak miejscami możemy znaleźć drobne nadlewki w postaci cienkich błon. Korekta tego nie powinna raczej nastręczać kłopotów. Pamiętać tez przy tym trzeba, że szwy przez środek gumowych bandaży występują również w oryginale

Traki typu OMSh zaprojektowane zostały jako pojedyncze ogniwa. Szkoda, że nie pracujące. Samo ich wykonanie nie budzi najmniejszych zastrzeżeń. Oczywiście dla chcących posiadać ruchome gąsienice takowe są dostępne na rynku modelarskim.

I jeszcze jeden rzut oka na detale.

Na przezroczystej ramce oprócz szkieł reflektorów znajdziemy również wszystkie peryskopy i osłonę celownika.

Na blaszkach fototrawionych odtworzono minimum potrzebne przy budowie modelu, jednak takie rzeczy jak uchwyty np .te na wieży, które służyły do mocowania dodatkowego wyposażenia typu plandeka itp, lepiej wykonać samodzielnie z drutu. Blaszane są po prostu płaskie, podczas gdy oryginały mają okrągły przekrój. Na płytkach znajdują się elementy zarówno do wnętrza jak i wzbogacenia części zewnętrznych. Przykładowo bardzo ładnie prezentują się siatki na wloty powietrza do silnika.

Full interior – otóż nie tak do końca, o czym wspomniałem na początku tej recenzji. Miniart nie odtworzył w tym modelu dosyć istotnych elementów. Mianowicie, o ile mamy kompletny silnik, o tyle nie mamy skrzyni biegów, ani przeniesienia napędu na koła, czyli transmisji. Dlaczego tak się stało? Pytać trzeba Ukraińców i początkującym adeptom modelarstwa odradzał bym jego budowę, gdyż już samo złożenie pustego kadłuba wymaga nieco doświadczenia i wprawy. Dodam jeszcze, że seria cały czas się rozrasta o kolejne pozycje – są już dostępne izraelskie modyfikacje pięćczwórek, czyli Tiran 4, licencyjny chiński Typ-59, czy wreszcie oparte o podwozie T-54 działa samobieżne SU-122-54 i pojazd ewakuacyjny BMR-1. W skali od jeden do dziesięciu daję dziewięć i pół za brak transmisji. Więcej zarzutów nie mam.

Rafał Buber Kubić