1/35 FL 282 V-6 Kolibri

MiniArt – 41001

 

Flettner Kolibri był pierwszym na świecie seryjnie produkowanym helikopterem. I tak się składa, że jest też pierwszym seryjnie produkowanym modelem aerodyny w ofercie MiniArtu. Biorąc pod uwagę tematykę oraz producenta nie dziwi zatem, że miniatura nie jest w typowo lotniczej skali 1/32 a nieco mniejsza, bo w 1/35. Z rzeczy nietypowych jest też to, że pomijając zestawy akcesoriów czy figurki, w pudełkach z modelami MiniArtu panuje zazwyczaj duży tłok. Tu z kolei jest dużo powietrza

Nie oznacza to jednak, że model jest skromny – wręcz przeciwnie. Mimo nienachalnych gabarytów części potrzebne do jego budowy kryją się w aż ośmiu ramkach z szarego plastiku (w tym jednej zdublowanej)

Do tego mamy mikroskopijną ramkę przeźroczystą z odbłyśnikiem i kloszem reflektora

Oraz blaszkę fototrawioną z kilkoma detalami – w tym pasami pilota. I one właśnie wydają mi się odrobinę nazbyt toporne jak na skalę

Z resztą takich nieadekwatnych do skali uproszczeń znaleźć można nieco więcej. Na przykłąd żebrowanie cylindrów silnika – w sumie pasujące głębokością i finezją bardziej do skali 1/48. Ogólnie rzecz jednak biorąc cały silnik jest odtworzony zupełnie ładnie – brakuje rzecz jasna jedynie przewodów instalacji elektrycznej

 

Również koła dają pole do eksploracji rynku przez producentów aftermarketów.

Poza tym jest całkiem nieźle. Szczególnie jak na tak nietypową i filigranową konstrukcję, jaką jest Flettner

Ambiwalentne odczucia może budzić metalowa osłona silnika – niby od wewnątrz jest ożebrowanie, ale takie mało wyraziste. Na zewnątrz fajnym ficzerem byłby nity, ale nie są bo ich nie ma. Tak sobie wyglądają też zapinki

Zupełnie bez zarzutu są moim zdaniem imitacje szmaty na poszyciu. Oczywiście przy tak dużych powierzchniach nie dało się uniknąć śladów po wypychaczach, ale sa delikatne a przy tym rozmieszczone całkiem racjonalnie

Na koniec omówienia plastiku zostawiłem sobie zdjęcie tablicy przyrządów

..bo ona to pozwoli mi płynnie przejść do omówienia kalkomanii, ponieważ imitacje wskaźników znajdziemy na tejże. Co warto podkreślić imitacje zdublowane, dzięki czemu przy udanej aplikacji stajemy się posiadaczami przydatnych nalepek w magazynie przydasiów

Zegary wydrukowane są nie najgorzej, choć pewnie Eduard zrobi to lepiej, a Yahu jeszcze bardziej. Pozostałe znaki na kalkomanii też są dość udane

Krucyfiksy i numery boczne pozwalają na wymalowanie gotowego modelu w jednej z czterech wersji (choć samych wariantów malowania to za wiele nie ma)

Podsumowując – szkoda, że nie jedenczteryosiem. Szczególnie jak jedenczteryosiem miejscami wygląda.

KFS