1/35 3Ro Italian Truck – Troop Carrier

Budowa

IBG Models – 35055

Lubię brzydkie pojazdy. A do takich zalicza się Lancia 3RO – mi się kojarzy z samochodem Smoka Wawelskiego z „Misji profesora Gąbki”. Słowem sprzęt nader interesujący. Więc (nie wolno zaczynać zdania od „więc”) gry tylko pojawiła się możliwość pobawienia się tym zestawem, bez ociągania z niej skorzystałem. Obszerny opis samego modelu zdążył już pojawić się na portalu (link). Od siebie dodam, że model faktycznie od pierwszego rzutu oka robi dość mocne wrażenie już w pudełku. Zarówno przez ilość jak i jakość detali. Zarazem od jednego spojrzenia ma się wrażenie że nie jest to zabawka na dwa wieczory, a jej poskładanie nie będzie proste. W trakcie budowy to wrażenie pozostaje, model jest bardzo skomplikowany i zdetalizowany. Rozdrobnienie na części przypomina miniatury MiniArtu. W rezultacie wiele podzespołów składających się z licznych części musi się ze sobą precyzyjnie połączyć. Oznacza to że budowę musimy prowadzić bardzo starannie, przejrzeć parę (lub paręnaście!!!) razy instrukcję montażu, przemyśleć każdy następny krok, dbać o staranność, starać się nie iść na skróty i jeszcze w dodatku pamiętać o staranności (tak, będę to jeszcze powtarzał w dalszym ciągu tekstu…). Zdecydowanie nie jest to model dla początkującego modelarza.

Tyle w temacie przydługiego wstępu. Skupmy się na rzeczach istotnych. Swój model postanowiłem zbudować zgodnie z kolejnością sugerowaną instrukcją, głównie po to by opisać sam etap budowy, w paru miejscach części zostawiłem luzem, z myślą o ich późniejszym malowaniu.

Sama instrukcja jest dość obszerna i pokazuje budowę zabawki w 42 etapach. Zarazem jest nacechowana wadami typowymi dla instrukcji IBG (w moim odczuciu). Znaczy się składa się z szarych renderów, na których nie zawsze widać to co widać być powinno. Niektóre diagramy (szczególnie te obrazujące duże elementy jak rama, paka czy szoferka) są przedstawione w dużym zmniejszeniu, więc drobne elementy które na danym etapie do nich powinniśmy dokleić są małe i często trzeba się mocno domyślać co, gdzie i jak przymocować. Nie przyspiesza to budowy. Mam ciągle nadzieję że warszawska firma przerzuci się jednak na zwykłe rysunki…

Ok, narzekanie też odbębniłem, można startowaać. Budowę zaczynamy od kół. W tym modelu są one zaprojektowane podobnie jak w modelach Scammela czy Rosomaka. Znaczy się składają się z prawie kompletnego koła (z kapitalnym bieżnikiem) do którego doklejamy zewnętrzną cześć felgi ze ścianą opony. Od razu nasuwa to pytanie – jak to będzie wyglądać po sklejeniu? Ze szparą? Bez szpary?

Otóż, części przygotowujemy sobie bezstresowo, posiłkując się normalnymi technikami obróbki plastiku. Znaczy się ciachamy kanały wlewowe (ja robiłem to za pomocą cęgów do pazurów i skalpelem), potem szlifujemy te miejsca na gładko, za pomocą pilników lub papieru. Tak jak na poniższym zdjęciu.

Gdy części kół mamy obrobione, nadchodzi oczekiwany moment próby. Wciskamy jedno w drugie, zalewamy łączenie rzadkim klejem, i… Już. Żadnych problemów, żadnych szpar, żadnych niespodzianek. Brakuje tylko kliknięcia w momencie gdy kapsel włazi na miejsce. Żadnej hańby, nuda!

Oczywiście pod warunkiem że zachowaliśmy precyzję i staranność obróbki…

Dalej począłem znęcać się nad silnikiem, składającym się z miriada części. Z tych części najładniejsze jest wielkie koło zębate (które jest znakomicie widoczne w sklejonej miniaturze!!!). Część ma fenomenalnie odtworzone zęby, które niestety wydają się być zrujnowane kanałami wlewowymi.

Co jest oczywiście nie do końca prawdą, ponieważ kanały są poprowadzone tak, by nadmiar plastiku można było usunąć ostrożnie (i starannie!) za pomocą nożyka…

… po to by cieszyć się fajnym detalem.

 

Sam silnik nie przysparza za wielu problemów. Ot po prostu sklejamy jego blok a potem doklejamy poszczególne kawałki, do momentu gdy skończymy. Szkoda że będzie praktycznie niewidoczny pod maską.

 

Dalej zajmujemy się ramą, budowaną klasycznie z dwóch podłużnic i rozpórek (przypominam o staranności). Części na nią się składające pasują idealnie. Przy odrobinie uwagi nie może się nie udać. Do przedniego końca ramy, powinniśmy dokleić dwie blaszane części stanowiące uchwyty osłon chłodnicy (czy czego w rodzaju zderzaka między błotnikami). Z blaszkami warto w tym modelu uważać – są bardzo wiotkie i łatwo je uszkodzić, co więcej, po wycięciu mają tendencję do zwijania się.

Za to pasują po wyprostowaniu idealnie!

 

Rama jest gotowa! Pozostaje zająć się mostami i całą resztą.

Którą tą resztę zaczynamy od resorów. O ile tylne nie sprawiały problemów, o tyle w przypadku przednich musiałem się posiłkować protezami palców, żeby utrzymać to tałatajstwo na swoim miejscu.

Same mosty, to dość prosta robota, mimo że części jest sporo (i to małych).

Korpus tylnego sklejamy z dwóch połówek, co jest lekko zabawne, bo nie ma żadnych kołków ustalających (znowuż, precyzja i staranność).

 

Przy okazji – w ramach interludium – słów kilka o częściach w tym zestawie. Przy budowie warto się zaopatrzyć w dwie rzeczy – cążki, tak zwaną „czeską piłkę” i bardzo ostry nożyk. Cążki, bo niektóre duże części mają dość monstrualne wlewy.

A czeską piłkę, bo czasem drobnicę lepiej jednak precyzyjnie wyciąć.

Nożyk oczywiście posłuży nam do usunięcia owych wlewów resztek. Całe te przykrości rekompensuje nam fakt, że części mają minimalne szwy po łączeniach form, bardzo łatwe do usunięcia papierem lub ostrzem noża (po paru godzinach pieczołowitego skrobania części tonie się w wiórach – wreszcie jest krew, pot i łzy!!!).

Wracamy do roboty! Trzeba uzbroić ramę w osprzęt i zamocować silnik. Kupa małych cośków do podoklejania!

 

Na tym etapie, według instrukcji powinno się skleić szoferkę, ja wolałem zająć się błotnikami (szoferka i tak jest monolitem stawianym na ramę za silnikiem, więc kolejność nie ma tu większego znaczenia z małym wyjątkiem, o czym dalej). Błotniki trzeba wyciąć, oczyścić i przykleić na miejsce. Pasują jak ulał. Oczywiście pod warunkiem że precyzyjnie i starannie skleiliśmy ramę i silnik (bla, bla, bla). Bardzo stylowo wygląda rozrusznik z korbą. Urocza rzecz! Chwilowo pominąłem wskaźniki skrajni pojazdu, które są bardzo delikatne i wolę je przykleić po malowaniu (szczególnie że jeden mi pękł przy obróbce i będę zmuszony zrobić je od nowa). Z podobnych powodów zrezygnowałem też z montażu rury wydechowej, bo do tego trzeba mieć na stałe przyklejoną podłogę kabiny.

 

Potem można sobie dokleić koła. I zdać sobie sprawę z faktu, że właśnie zużyliśmy dwie trzecie części (sic!). Wygląda to imponująco.

 

Należy jeszcze pamiętać o cięgłach hamulcowych. Producent sugeruje wykonanie ich z blaszki (porażka! Nie dość, że nieokrągłe w przekroju to jeszcze baaardzo wiotkie), ja początkowo próbowałem z drutu miedzianego (też porażka, co prawda okrągłe, ale dalej wiotkie i niemożliwe do napięcia) a koniec końców zastosowałem elastyczną nić z pasmanterii (dzięki sugestii Naczelnego Redaktora), która po napięciu wygląda całkiem fajnie. Jeszcze lepsza będzie gumonitka, ale nie udało mi się zdobyć w krótkim czasie.

Szoferka. Tu w zasadzie bez problemu kleimy po kolei całość.

Znaczy podłogę z siedziskiem.

I tylną ścianę z dachem. Dach ma na tylnej krawędzi rządek nitów, przez który idzie szew po łączeniu formy. Brzydkie.

Ale możliwe do oczyszczenia nożem (skrob, skrob).

I już lecimy dalej. Jak klocki Lego.

 

I przód kabiny. Też bez problemów. Jedynym odstępstwem na jakie poczułem się zmuszony pójść była wymiana zestawowych wajch na samoróbki (gałki zrobiłem z Wikolu, co nie jest dobrym rozwiązaniem, bo wysychając mocno się kurczy i trzeba nakładać kilka warstw, lepszy byłby Distal albo inny żywiczny, a najlepszy gęsty cyjanoakryl wspomagany przyspieszaczem).

 

Następnie tymczasowo poskładałem to w całość, przyłapując w paru miejscach kropelkami cyjanoakrylu (te miejsca zaś roztropnie zaznaczyłem markerem, żeby wiedzieć co i gdzie rozklejać przed malowaniem). Oczywiście brak wycieraczek i uchwytów blokady wychylenia okien – #będęmalował.

 

Czas zająć się maską – zaskakująco kilka części na krzyż. Do bocznych ścianek trzeba dokleić małe fototrawione zapinki. Żeby było trudniej, trzeba je przykleić tak żeby pasowały do dwóch części na raz (jeśli kleimy model zgodnie z instrukcją, nie ma tego problemu, bo dokleimy je wtedy do przyklejonej na miejscu maski, ja musiałem kombinować z racji tego że sobie tę kolejność zaburzyłem). Warto mieć to na uwadze zanim przykleimy błotniki! Części unieruchomiłem w ściskach.

Do klejenia posłużyłem się patentem opisanym już przez Kamila (link). To znaczy najpierw przyłapałem je za pomocą rzadkiego kleju do plastiku. A potem umocniłem spoinę kropelką cyjanopanu. Gotowe! (oczywiście potem jedna zapinka mi odpadła i zeżarł ją Dywanowy Potwór…)

Maskę warto dokleić do osłony chłodnicy. A tą osłonę trzeba pierwej opatrzyć blaszkową żaluzją. Bardzo delikatną blaszkową żaluzją, którą łatwo powyginać i trudno wyprostować. Śliczna, finezyjna część, ekstremalnie narażona na zniszczenie od kichnięcia. Przed wklejeniem jej na miejsce, rowki w które miała wejść powiększyłem troszkę nożykiem (znowu skrobiemy, ale delikatniutko), przymierzając co chwilę czy już pasuje idealnie.

Gdy uznałem że dość, starczyło wetknąć blachę na miejsce i od środka kapnąć parę kropel kleju. A potem modlić się żeby nie nadusić tego paluchem…

Została paka. Sama skrzynia składa się z kilku zaledwie części. Tylko rama wymaga większej obróbki (duuużo kanałów wlewowych, ale za to zero zapadnięć czy powichrowań).

Najpierw przyklejamy do ramy podłogę.

Którą warto potem przycisnąć i odstawić do wyschnięcia.

A potem doklejamy burty. Znowu klocki Lego.

A jeszcze potem doklejamy resztę, też bez niespodzianek. Musiałem tylko lekko przeszlifować boki skrzyń. Przy okazji – ślady po wypychaczach na wewnętrznej stronie błotników zostawiłem z lenistwa – i tak ich nie widać jak koła są na miejscu, ale jak komuś uwłaczają, to bez problemu je sobie zniknie…

 

Burty należy jeszcze opatrzeć ławkami. Instrukcja sugeruje wszystkie rozłożone, ja postawiłem się okoniem i część skleiłem inaczej. A co sobie miałem żałować!

Ostatnia rzecz – model ma jeszcze odwzorowany stelaż pod plandekę, składający się z kilku pałąków i dużej ilości podłużnic. Mi się on wybitnie nie podoba, dlatego w modelu z niego zrezygnowałem (zdjęcia które przejrzałem pokazują te ciężarówki zarówno ze stelażem jak i bez). Jednakże spróbowałem się do niego przymierzyć, i poległem. Pałąki mają BARDZO dużo wlewów, a są filigranowe. Przy wycinaniu (zarówno nożykiem jak i piłką) prawie wszystkie pękały, mniej więcej w tym samym miejscu.

Co prawda można je skleić jeszcze w ramce i potem szlifować bardzo ostrożnie (spróbowałem z jednym – da się), ale efekt nie równoważy nakładu pracy. Szczególnie że potem trzeba się zmierzyć z pokrzywionymi podłużnicami (tu odsyłam do recenzji). Części są bardzo cienkie, plastik wiotki i kruchy, więc cała konstrukcja będzie delikatna. Nie wspominając o tym że proste jej sklejenie będzie bardzo trudne. Ten element lepiej wykonać samemu, albo poczekać na aftermarketową plandekę (tu trochę do tablicy wywołuję nasz rodzimy Panzerart. Zróbcie, no zróbcie!!! Nawet jeśli IBG pyści wersję z pndeką, to plastikowa nie będzie tak ładna, jak żywiczna).

Wszystko ma swój koniec, pozostało mi poskładać wszystko cuzamendokupy, co też i uczyniłem. Przypominam że model będę malował (znaczy się trafił na półkę #będęmalował), więc nie jest posklejany na stałe, stąd parę szpar. Pomimo tych niedoskonałości prezentuje się imponująco. Wielki kawał ciężarówy na dużych kołach, piękność! Sklejanie dawało dużo radochy, ale było także sporym wyzwaniem. Pisałem już o tym że model jest skomplikowany i wymaga staranności? Bardzo dobry wybór na zagospodarowanie ładnych paru wieczorów. No i oczywisty must have dla miłośników pokracznych pojazdów.

Michał Błachuta