1/10 Natalie

Lilu Miniatures

 

Trafiło ostatnio w moje ręce popiersie z nowej polskiej manufaktury – Lilu Miniatures. I muszę przyznać, że pisze o nim z pewnym zażenowaniem. Nie, nie dlatego, że ambarasują mnie cycki – zresztą nie trzeba jakoś wybitnie umieć w dedukcję, żeby znaleźć klucz, wedle którego kolekcjonuje figurki- te, które #będęmalował. Z drugiej jednak przaśna dosadność jakoś niespecjalnie pasuje mi do tej dziedziny. Znaczy doświadczenie podpowiada mi, że wśród modelarzy redukcyjnych to może być nawet bestseller, bo seks selz a szczucie cycem jest zawsze na propsach. W każdym razie dla mnie jest przejaw kiczu w stanie czystym, i obcowanie z nim nie sprawia mi przesadnej frajdy. To tak gwoli wyjaśnienia, bo być może w związku z powyższym nie będę do końca obiektywny w ocenie tego zestawu. Zacznijmy jednak od opakowania. Boxart jak boxart, nie jest on czymś, co sprawia, że chce się natychmiast mieć i malować te figurkę (ale patrz wstęp).

Pod obwolutą z obrazkiem (którą niechcący uszkodziłem rozcinając folię, którą całość była owinięta – stąd ta szrama) i informacjami o produkcie kryje się pudełko dość jednoznacznie kojarzące się z opakowaniami wyrobów jubilerskich

Gdy kontynuuje się rozbrajanie zawartości, owo skojarzenie nie mija

I tu jak widać, zaczynają się ujawniać pierwsze elementy zestawu. Fiszka z kolejnymi zdjęciami pomalowanego pocyka, kawałek mosiężnej rurki do osadzenia modelu na podstawce oraz spakowana w osobną strunówkę odznaka policyjna. Niestety mocno po niej widać, że lepiona ręcznie (czytaj- niezbyt starannie)

I wreszcie na końcu z satynowego woreczka wyjmujemy odlewy żywiczne (technicznie nawet nienaganne)

Generalnie docenić trzeba, że producent zadbał o estetyczne spakowanie produktu, ale jak bardzo nie byłoby to staranne i przemyślane, to zaciąga kiczem. No chyba że satynowy woreczek na precjoza ma przywodzić na myśl Pearl necklace – to wtedy kiczem, zaciąga jeszcze bardziej..

 Przejdźmy jednak do samego modelu. Całość podzielona jest na cztery elementy – osobno są ramiona i wspomniana wyżej odznaka

Za wzór odpowiedzialny jest Przemek Szymczyk – autor może nie tak popularny, jak na to zasługuje, ale jego boxarty zdobią wiele modeli renomowanych producentów, a i nie jedno popiersie dla różnych manufaktur wyrzeźbił. Generalnie, jak chce to umie. A tutaj niestety chciało mu się tak połowicznie. Abstrahując od kwestii zupełnie subiektywnych (choć nie do końca abstrahując, bo w sumie przyznać muszę, że podoba mi się rzeźba twarzy) to technicznie jest to miejscami zwyczajnie niestaranne. Dotychczas myślałem, że Joaquin Palacios z pewną nonszalancją podchodzi do śladów po narzędziu. Jak się okazuje, Przemysław Szymczyk również (choć do poziomu, jaki potrafi zaprezentować Ścibor Teleszyński obydwu panom jeszcze daleko jednak).

Podoba mi się także jak wyrzeźbione są włosy. To może być całkiem wdzięczne do malowania, o ile ponownie brak czystego wykończenia nie będzie działał na przekór pędzlowi

Od strony technicznej im dalej w dół tym jednak gorzej. A tego dołu to jeszcze kawałek niestety jest

O ile fałdy na rękawach są fajne, to wykończenie mankietów woła o pomstę do nieba. Wybitnie sztucznie wyglądają też poły kurtki, zawinięte wokół cycków. Dłonie prezentują się jak ledwie szkic ulepiony na szybko. We wszystkich zakamarkach widać niewygładzone ślady ugniatania tychże narzędziami do rzeźbienia. Bardzo to niechlujne.

..no i te zabawne okrągłe pierożki na sutkach.. zresztą kontrowersyjnie uplasowane

..a w sumie mogło być fajnie nawet

 

A, no i jest jakaś taka dziwna żywiczna podstawka. Dziwna, bo niby klon dość typowej drewnianej – widać nawet na powierzchni artefakty słojów. Ale w zasadzie to wygląda jak by to był odlew zmodyfikowanego wcześniej odlewu elementu wytoczonego z drewna – wykończenie wskazuje na jakieś szpachlowanie,  szlifowanie, są dziwne rysy. Zresztą, naprawdę lepiej zastąpić to naturalnym materiałem.

KFS